|
Blog > Komentarze do wpisu
Kozak w Kaszunach część I
Piaszczysta droga, z iglastego, pachnącego kościelnym kadzidłem lasku, doprowadzała do otwartej przestrzeni. Rowerzysta ujrzał, usłyszał i poczuł, zapach nowego oddechu, warmińskiej normalności. Zanurzony w tej naturze od dzieciństwa, nie analizował akademicko rozumianego pojęcia piękna krajobrazu. Lecz często był zaskakiwany tym, co nazywał widokami tworzonymi przez pory roku i przyrodę. Nie widział w tym nic nadzwyczajnego. Nie opuszczał tej krainy. Pożerane dziesiątkami książki, przygodowe i podróżnicze, tworzyły obrazy wyobraźni w osnowie tej ziemi. Mylnie sądził, że dalekie, literackie światy muszą być piękniejsze. Brzęk roweru spłoszył zaskrońca wygrzewającego się na środku piaszczystej drogi. Rowerzysta przyspieszył. Łatwo pomylić zaskrońca ze żmiją. Na ścieżce, wydeptanej w stronę zagajnika, mignęła sylwetka starego Mila. Była letnia niedzielna, przedwieczorna pora. Wieś Kaszuny wcinała się w skraj dużego kompleksu warmińskich lasów, nieopodal Drwęcy Warmińskiej. Kilka szarych gospodarstw rozrzuconych wśród poletek. Widok nie skarżony nawet liniami elektrycznymi. Jedyny dźwiękiem, dziełem człowieka, był dzwon kościoła z odległego o kilka kilometrów Babiaka, przypominający istnienie Boga. Przebijał się przez brzęczenie trzmieli i pszczół, świerszczenie i cykanie „koników polnych”, rechotanie przedburzowe stawów i ptasiego śpiewu lasu. W dzień roboczy tą dziewiczą harmonię dźwięków, naruszałby od czasu do czasu warkot traktorów z pobliskiego PGR-u. W niedzielę natura czuła się nieskalana. Dojechał do zabudowań gospodarczych na skraju wsi. Przed domem, na prymitywnej ławce, oparta o ścianę, wygrzewała się w słońcu stara Dubrowa - Dzień dobry. Czy mogę zostawić u pani rower? - Poszczo Ty tut pryjichał? – odpowiedziała pytaniem na pytanie. - Potańcówka w remizie. Jak z rowerem? – Powtórzył pytanie. - Postaw. Wdowa Dubrowa była „instytucją porządku moralnego wsi”. W największy nawet upał ubrana na czarno. Spódnica do kostek. Bluzka musiała mieć długie rękawy. Grzechem było odsłanianie ciała. Na głowie, założona w charakterystyczny sposób, chusta w tradycyjne ukraińskie ślimaki, osłaniająca czoło. Pomimo, że jej uwagi nie zawsze przypadały do gustu, szczególnie młodzieży, jednak nikt nie śmiał dyskutować, szanując jej wiek i wdowieństwo. W letnie i wiosenne dni siadywała na ławeczce i patrzyła na las rozciągający się na pagórkach za wsią, zmieniający kolory pór roku, niczym na połoninie. Równocześnie nie uszło jej uwagi, co działo się we wsi. Właśnie drogą obok przechodziły matka z dwoma córkami: Weroniką i Olą. Weronika studentka, Ola zdała egzamin do ogólniaka w Ornecie – to właśnie jej czarne oczy i długi warkocz był powodem podróży rowerowej Sylwka. Dziewczęta ubrane w spódnice do kolan i bluzki bez rękaw z dekoltami pozwalającymi warmińskiemu słońcu uwypuklić piękno młodości. - Pani – zwróciła się do matki, zgorszona widokiem lekko okrytych „grzesznych ciał”. – Czy pani nie ma pieniędzy by kupić wystarczającą ilość materiału na normalny ubiór dla córek? - No wie pani, jaka jest teraz młodzież – nieporadnie usprawiedliwiała się matka dziewcząt. - To grzech, zgorszenie i obraza boska, by tak ubierały się panny – autorytatywnie stwierdzała Dubrowa. To, co nosiło nazwę „remiza” było izbą o wymiarach sześć na sześć metrów z parami okien po przeciwnych stronach i wyjściem wprost na trawiaste podwórze z rozłożystą pachnącą lipą. Obok studnia ze skrzypiącą starą ręczną pompą z zawieszonym metalowym kubkiem. Nic bardziej nie gasiło pragnienia, nic bardziej nie odświeżało twarzy w letnią spiekotę, niż krystalicznie czysta i lodowata woda z takiej warmińskiej studni. Po całodziennej pracy przy żniwach przyjemnie było wiadrem takiej wody zmyć z ciała kurz i pot i odsłonić młodzieńczą opaleniznę, której warmińskie słońce nie skąpiło. Z tyłu pięćdziesiąt metrów za remizą swój początek brał kompleks leśny. Wydawało się, że niema końca. Przed remizą i wewnątrz panował ruch, panny i kawalerowie przygotowywali potańcówkę. Drewnianą podłogę zamieciono brzozowymi miotłami i skropiono wodą z pompy. Pod sufitem zawieszono dużą lampę naftową. Przycięto knot. Przetarto szkło. Napełniono naftą. Gdy się ściemni wystarczy tylko zapalić. Kawalerowie zrobili zrzutkę na akordeonistę i bębnistę. Był taki we wsi, znany w okolicy, jednonogi Szymon właściciel harmonii pedałowej. Odkąd przyszła moda na zatrudnianie, do grania na zabawach wiejskich z bufetami, fałszujących zespołów z miasta, grających twisty i „rokendrole”, samorodny talent Szymona można było usłyszeć tylko na zabawach szkolnych i niedzielnych potańcówkach. Ze względu na ułomność Szymona jeden z dzieciaków musiał wspomagać grajka pedałując miechami instrumentu. Władza ludowa „robotniczo-chłopska” zaczynała osiągać swój socjalistyczny sukces wychowawczy. Dorastające pokolenie powojenne, zrodzone na tej ziemi, wstydziło się swoich ukraińskich, wileńskich i kresowych korzeni. Nietaktem i w złym tonie było mówić gwarą lub po ukraińsku na publicznych imprezach i w publicznych miejscach. Nietaktem i w złym tonie było śpiewanie pieśni ludowych ukraińskich i kresowych. W latach sześćdziesiątych władze próbowały promować pamięć Warmiaków i Mazurów okresu przedwojennego o polskich-mazurskich i polsko-warmińskich korzeniach. Lecz dla obecnych mieszkańców były to historyczno-propagandowe ciekawostki a nie ich emocjonalna ciągłości kulturowa. Kotłowało się w duszach i umysłach ludzi, te świadome i nieświadome poczucie niesprawiedliwości. Wybuchało sprowokowane byle, jaką wódką, byle, jakim winem, byle, jakim piwem, na zabawach ludowych. Szły w ruch sztachety, kołki a nawet w skrajnych wypadkach noże. Podziały walczących grup określane narodowościowo, regionalnie lub inne, zacierały prawdziwe powody agresji. sobota, 13 maja 2006, edward.bernatowicz
|