|
Blog > Komentarze do wpisu
Morski parweniusz śledź ulik.
Warmia i Mazury. Nasze zmysły odtwarzają w wyobraźni powiew znad jezior i czysty oddech lasów. Same wspomnienia relaksują. Jednak tak naprawdę mało kto wie, gdzie jest Warmia. Zielonym, zdrowym sercem tej małej krainy jest trójkąt między Lidzbarkiem Warmińskim, Ornetą i Dobrym Miastem. Zaniedbany przez ludzi, zapomniany przez wielki świat, zagospodarowany przez przyrodę. Im bardziej poznajesz obce kraje i kontynenty, tym bardziej ten punkt na mapie świata pięknieje. Kto miał tyle szczęścia w życiu i mógł wędrować lub mieszkać na tej ziemi pod koniec lat pięćdziesiątych, ten zauważyłby różnorodność kultury życia ludzi wtopionych w naturę. Przemierzając pierwsze wytyczone szlaki turystyczne, wiodące polnymi drogami i duktami leśnymi, podziwiałeś stare młyny wodne, strumienie z krystaliczną wodą, wsie ukryte w leśnych odstępach gdzie nie ma elektryczności. Szukając ochłody w skwarne, letnie południe mogłeś odpocząć w otwartych wiejskich kościołach. Mijając furmanki, turkoczące swymi żelaznymi obręczami drewnianych kół po „kocich łbach”, nie musiałeś być wnikliwym obserwatorem, by określić, kim był właściciel wozu. Zaprzęg w zadbane, wspaniałe konie - to na pewno Ukrainiec ze swą wrodzoną kozacką miłością do koni. Zaprzęg w jednego konia w dwa dyszle, z drewnianym pałąkiem nad grzbietem, zwanym „duha” to „Wilniuk”, jeden dyszel i jeden koń to „Centralak”(centralna Polska). Wędrujące cygańskie tabory zaciekawiały swym kolorytem. Lud tej ziemi, w pojęciu cywilizacyjnym, żył biednie. Natura próbowała mu to wynagrodzić swymi darami. Lasy były pełne czarnych jagód, malin, jeżyn, poziomek, grzybów i orzechów laskowych. W małych jeziorach i rzekach mogłeś wędką z kija leszczynowego i korka od butelki złapać szczupaka, okonia, węgorza lub miętusa. Nocą, przy świetle latarki łapałeś raki. Wszędobylski śledz solony. W większych wsiach były sklepy „GS”, w których w jednym pomieszczeniu sprzedawano na litry naftę do lamp, kosy, łańcuchy, gwoździe, papierosy, cukier, sól. Główne miejsce zajmowała drewniana beczka z solonym śledziem atlantyckim, zwanym ulikiem. W owych czasach śledzie solone były jednym z nielicznych artykułów pochodzenia zagranicznego, ogólno dostępnym. Ogrywały one szczególną rolę w menu biednego społeczeństwa. Gdy miałeś szczęście natrafić w Ornecie na słynne jarmarki koni, na pewno zobaczyłbyś, jak zatwierdzano transakcję szklanką wódki z czerwoną kartką i śledziem solonym. Przygotowanie śledzia do „zakąszania” było zawsze podobne, niczym rytuał. Za ogon wyjmowano śledzia z zawiniętej gazety, zazwyczaj była to Trybuna Ludu(duża i tania), energicznym ruchem chłop uderzał o cholewę buta lub o deskę wozu strzepując sól, następnie zdzierał skórę. Po chwili pozostawał charakterystyczny, symboliczny szkielet ryby, z głową i ogonem. Niezależnie, czy to był Kaszub, Warmiak, Ukrainiec, Wilniuk czy Cygan, w piątek „zagryzał” śledziem. Obok targowiska była „Gospoda Ludowa”, w której w kłębach dymu ze „Sportów” i zaduchu byle jakiego piwa, mogłeś dojrzeć, w witrynie bufetu, dyżurne: marynowane grzybki z tutejszych lasów, galaretę z świńskich nóżek, drgającą jak duży biust bufetowej, no i oczywiście śledzia atlantyckiego solonego w „wyższym stadium przetworzenia”, po wymoczeniu, pokrojonego w „dzwonko” lub w postaci rolmopsa. Szanujący się rolnik sam nie zaglądał do gospody i żywił pogardę do jej bywalców, którymi zazwyczaj byli pracownicy PGR-ów po wypłacie. Na dworcu kolejowym w bufecie również witał Cię śledź ulik Marzenia przyjaciół. W czerwcowe południe dwóch czternastoletnich, szkolnych przyjaciół, Ukrainiec i Wilniuk wracało ze świadectwami ukończenia szkoły podstawowej do domu. Mieszkali w sąsiednich domach. Razem w okresie dzieciństwa, tropili po śladach zwierzęta w pobliskich lasach. Wiedzieli gdzie są gniazda czarnych bocianów, żurawi i czapli. Razem nocą podczołgiwali się pod obozowiska cygańskie, by posłuchać śpiewów i muzyki. Razem na tratwie odkrywali „zamorskie kraje” na pobliskim jeziorku. Teraz będą mogli porzucić tą „nudną” ziemię warmińską. Lecz jeszcze nie wiedzą, że w ich pamięci tylko do odczytu, wpisany został wzorzec małej ojczyzny - Warmii i gdziekolwiek będą, zawsze będzie funkcjonował. Postanowili uczcić ten dzień. W pobliskim sklepie było tylko wino „patykiem pisane” i śledzie solone z beczki. Alkoholu nie pili. Uznali, że „inicjacją dorosłości” będzie zjedzenie śledzia solonego. Usiedli nad strumieniem, gdzie woda „zimna, bystra i czysta”. Z dużym samozaparciem i poświęceniem udowadniali swą męskość, jedząc strasznie słonego ulika. Jeden z przyjaciół powiedział. - Wiesz. W przyszłości chciałbym pracować w fabryce „Junaków” w Szczecinie. - Ja chciałbym zobaczyć gdzie łapią te śledzie. Odpowiedział drugi. Naszym Ojcom wystarczały ryby słone i cuchnace, My po świerze przychodzimy w oceanach pluskające... Dwadzieścia lat później. Przelot Arciszewskiego przez Morze Północne z Bergen Szwecja do Aberdeen w Szkocji. Przepływamy przez akweny, na których rozpoczynała się historia polskiego rybołówstwa dalekomorskiego. Sporadyczne wypady na łowiska Morza Północnego, robiły kutry i lugry przed rokiem 1950. Początek lat pięćdziesiątych. Rozpoczęto budowę serii około 40 lugrotrawlerów noszących nazwę ptaków polskich były to statki rybackie wielkości lugra (około 32 metrów) mogły prowadzić połowy włokiem(jak trawlery) i pławnicą – morską siecią w kształcie wydłużonego prostokąta, służącą do połowu ryb pelagicznych (śledź, łosoś, sardyna). Pławnica zaopatrzona w ciężarki u dolnej krawędzi i pływaki u górnej, łączyła się w zestawy o długości do 1000 m i spławiała swobodnie w postaci ściany za dryfującym lugrem w górnej warstwie wód. Pierwszym z serii „ptaszków” był Kulig.(o tragicznych losach „ptaszków” w www.edwardbernatowicz.blox.pl) „Starszy” z Arciszewskiego swoją karierę zawodową zaczynał na „Bocianie” w połowie lat pięćdziesiątych. Łowiono głównie, morskiego parweniusza, podszywającego się obecnie pod wykwintne postacie i potrawy, śledzia do solenia. Połów nie był rzeczą prostą. Złapane ryby należało bezzwłocznie, na morzu, zasolić w beczkach. Do solenia nadawały się tłuste śledzie w okresie tuż przed tarłem przepełnione, ikrą lub mleczem, z pustymi przewodami pokarmowymi. W przeciwnym razie gniły w beczkach i ciężka praca szła na marne. Okresy tarła u poszczególnych podgatunków i na różnych akwenach były różne. Od wiedzy i „szóstego zmysłu” kapitana lub szypra zależały udane „żniwa śledziowe”. Wybieranie trału. „Bocian” ustawia się w dryf, prostopadle do trału. Rybacy ustawieni na prawej burcie wciągają: deski trałowe, skrzydła i na końcu worek włok z efektem zaciągu. Wymaga to dużej siły fizycznej. Lugrotrawlerem rzuca na fali. Ręce kostnieją. Tłuste, duże śledzie płyną potokiem do przygotowanych „last”. W odwrotnej kolejności następuje wydawanie sieci. W czasie trału należ spieszyć się. Z „last” widłami do ziemniaków rybak wrzuca śledzie do specjalnie przygotowanego koryta, drugi sypie sól. Ważne są proporcje. Mieszanie. Z koryta do drewnianej beczki. Nałożenie przykrywy. Podbicie obręczy. Beczka ląduje w ładowni. Cykl się powtarza aż do zapełnienia ładowni. Trzeba się spieszyć dogodny okres połowowy jest krótki. Lądownia pełna. „Ptaszek” płynie prawie 10 węzłów. Do portu. Wyładunek. Z powrotem na łowisko. Po miesiącu śledzie uliki nadawały się do jedzenia, mogłeś kupić w większości miejscowości w Polsce. - Dziś! Gdzie dostaniesz takie śledzie? – z nostalgią wspomina Starszy. Mamy na statku beczkę w ten sposób solonych śledzi. Rybacy zdobyli podobne Bałtyckie, zasolili korzennie i po miesiącu wymoczone z cebulą w oliwie, pokropione cytryną z butelką piwa Żywiec... . Edward Bernatowicz edward.bernatowicz@wp.pl poniedziałek, 01 maja 2006, edward.bernatowicz
|