|
Blog > Komentarze do wpisu
Warmińskie jagodobranie I
Warmińskie jagodobranie przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych w Miłkowie
Po śniadaniu w lipcowy poranek, po obrządku w gospodarstwie, można było wyruszyć na jagody. Chwilowa przerwa w pracach polowych, zboża ozime już pod dachem w stodole a jare jeszcze niedojrzałe. Dzieciarnia uzbrojona w kubki wiaderka i metalowe bańki po przewodnictwem matki Jadwigi wyruszyła do lasu. Do jagodziarzy dołączyła kuzynka Lucyna, która trzy lata temu wróciła z Syberii. Była to pora czarnych jagód i malin. Mieszkańcy mieli swoje stałe miejsce gdzie wyprawa na jagodobranie zawsze kończyła się pełnymi wiadrami i dzbankami, czasami sporadycznie przyjeżdżali w te lasy mieszczuchy z Ornety i Lidzbarka Warmińskiego, nie odjeżdżali z pustymi rękami, lecz daleko im było do zbiorów tubylców. Oczywiście czarne jagody, maliny i poziomkowe polanki był w każdym lasku, ale nadawały się one do małego łasowania. Droga do poważnych terenów jagodowo malinowych biegła obok gospodarstwa Milów. Stary Mil Siłą przywieziono jego i jego rodzinę na tą warmińską ziemię. Zaprzyjaźnił się z przyrodą tej krainy. Potrafił korzystać z jej darów nie zawsze zgodnie z prawem. Gdy trzeba było wykastrować prosiaki, cielaki lub źrebaka, okoliczni chłopi zwracali się do niego. Usługi weterynarza były zbyt drogie. Stary Mil robił to za poczęstunek i miał szczęśliwą rękę. Potrafił leczyć ochwacone konie, wzdęcia u krów. Chętnie pomagał w świniobiciu. Szczególnym podziwem cieszył się u okolicznych dzieci z dwóch powodów. Oswojonego piżmaka, którego nosił za pazuchą i stosunkiem do psów. Nie było w okolicy psy, do którego by nie podszedł a pies nie uznałby jego władzy. Chłopi robili zakłady, wybierając zajadłe łańcuchowe brytany. Zawsze przegrywali. Mil podchodził pewnie do budy i brytan stawał się uległym barankiem. Nie było tajemnicą, ze kłusował w okolicznych lasach. Lecz nie można było go nazwać kłusownikiem, bardziej podglądaczem przyrody. Często przed wieczorem, szczególnie w okresie, gdy nie było prac polowych, można było zobaczyć z daleka, na morenowych pagórkach, jego charakterystyczną postać zmierzającą na noc do lasu. Ubrany był w długi luźny, stary płaszcz, z ręką w kieszeni a drugą przyłożoną na pierś na wysokości serca. Wtajemniczeni wiedzieli, że w ten sposób podtrzymuje ukryty pod płaszczem kbekas. Polował tylko by uzupełnić wyżywienie swojej licznej rodziny. Okoliczne lasy były pełne dzików, saren i jeleni. A w rozlicznych rozlewiskach, bagniskach i szuwarach kotłowały się dziesiątki kaczek, dzikich gęsi i innego wodnego ptactwa. Po polach śmigały zające i kuropatwy. Jego działalności nie zagrażała naturze wprost przeciwnie w czasie swoich nocnych wędrówek, likwidował wnyki i bezlitosne żelaza zastawiane przez bezmyślnych kłusowników. W tamtych czasach, w tamtym miejscu nie wypadało pytać gdzie uczył się tajemnic przyrody czy w stepowych jarach Ukrainy, czy też w lasach Bieszczad. Czy nie donoszono na niego? Pewnie tak. Wszak w tej mieszaninie ludzi bez „życiorysów”, zdarzali się ludzie źli i zawistni. Lecz stary Mil miał swoje układy. Legalni myśliwi chcący mieć udane polowanie zajeżdżali do niego a on wskazywał miejsca gdzie można zasadzić się na dzika, jelenia. Na jakim bagnisku są kaczki. Zimową porą, z jakich zagajników można wypłoszyć zające. Minąwszy gospodarstwo Milów, jagodziarze szli dalej przez most obok młyna wodnego. Za nim rozciągał się kompleks lasu iglastego z mieszaniną drzew liściastych. Sylwek nie cierpiał zbierania czarnych jagód, uważał, że to babskie zajęcie. Skoro musiał to wolał zbierać maliny nie trzeba przy tym się zginać. - Tu zbieramy – powiedziała matka wybierając porośnięte jagodowym runem poszycie starego sosnowego lasu. - Nie oddalać się! Uważać na żmije i węże. Nie siadać na ziemi. Każdy musi widzieć cały czas dwie osoby. Ruszyło zbieranie. Kto prędzej uzbiera pełen kubek i wyspie do wiaderka? Miejskie kuzynostwo więcej wkłada do ust niż do kubka wkrótce wszyscy mają czarne języki i upaćkane jagodami buzie. Pokrzykiwania wypłoszyły borsuka. Śmignął do nory na skarpie. Sylwek jest ponad tym hałaśliwym drobiazgiem. Potrafi sam poruszać się po lesie. Zdarzało się, że we wcześniejszych wyprawach odwróciły mu się strony świata. Ale słońce i mech na drzewach doprowadzały do rzeki, a od rzeki zawsze trafił do domu. Maliniak gęsto porastał pobliskie leśne pagórki i rowy. Soczyste pachnące maliny starały się ukryć po liśćmi, przepełnione warmińskim słońcem i wilgocią lasu. Od kilku tygodni nie padał deszcz, więc nie były opite niepotrzebną wodą. Rozpuszczały się w ustach malinową słodyczą. Delikatnie rozchylał łodygi by nie strząsnąć najbardziej dojrzałe na mech. Należało wybrać tylko te, których nie zaatakowały robaki. Zbierano na potrzeby rodziny. Czasami zbierano do punktu skupu by mieć pieniądze na własne potrzeby. Oni przyjmowali z robalami, więc zbierało się jak leci. Po godzinie dwulitrowa bańka na pasku była pełna. Wysypał do wiadra. niedziela, 21 maja 2006, edward.bernatowicz
Komentarze
Gość: FM, 212.160.236.4*
2008/01/28 13:38:59
Z ciekawością przeczytałem kilka słów na temat "Starego Mila". Cały opis jest 100% prawdą znałem go bardzo dobrze, szkoda ze tacy ludzie odchodzą,nikt nie spisał ich wspomnień a wiele przeżyli? okres okupacji ,działalnosci UPA, ocierając się niejednokrotnie o śmierć. FM
|