|
Blog > Komentarze do wpisu
Wizyta pana Kowalko
... Późnym popołudniem, gdy prace w gospodarstwie były ukończone, spełniła się poranna wróżba kocicy Matyldy. Przez wieś biegła droga wybrukowana kocimi łbami poza furmankami miejscowych rolników i traktorami z pobliskiego PGR-u, porannym kursem autobus z Lidzbarka do Ornety i popołudniowym powrotnym, przejazd jakiekolwiek samochodu przez wieś budził sensację. Stara Warszawa wolno przejeżdżała po kocich łbach zamiast jechać dalej w kierunku Lidzbarka, skręciła na podjazd prowadzący na dziedziniec gospodarstwa rodziny Sylwka. Dzieciarni otoczyła samochód. Z samochodu wysiadł mężczyzna ponad sześćdziesiątkę z dziesięcioletnim chłopcem. - Wy mieszacie w tym domu? – zapytał w skazując na dom. - Tak. - Rodzice są w domu? - Tak. - Moglibyście porosić - powiedział zbliżając się do werandy. Ojciec wyszedł przed dom. - Dzień dobry! Przepraszam nazywam się Stanisław Kowalko, mam prośbę czy mógłbym pokazać wnukowi jak wygląda dom wewnątrz – widząc zdziwioną minę ojca Wincentego dodał pokazując dowód osobisty – W czasie wojny do stycznia czterdziestego piątego pracowałem w tym gospodarstwie u niemieckiego bauera jako polski jeniec wojenny. Oczywiście otrzymał zgodę. Pan Stanisław oprowadzał swego wnuka po pomieszczeniach i wyjaśniał szczegóły swego wojennego życia. Towarzyszący im Sylwek i jego ojciec mieszkający w tym domu od roku pięćdziesiątego siódmego, dopiero teraz zrozumieli dziwny charakter niektórych pomieszczeń i na stałe zamontowanych mebli. Goście zostali poczęstowani kolacja i zatrzymani na noc. Gospodyni Jadwiga przygotowała kolację i podała na stole, obok werandy pod lipą. Dzieci poszły spać pozostał tylko Sylwek z rodzicami i goście. - W tamte upalne letnie noce słuchałem rechotu żab z tego stawu za sadem, marząc by ich więcej nie usłyszeć – wspominał Stanisław – Dzisiaj jest to przyjemny śpiew warmińskiej nocy, jakiś inny radosny i urokliwy. Gdy widmo bolszewickiego barbarzyństwa zaczęło zagrażać Polsce w roku 1919 wstąpił na ochotnika, jak mówił, do Piechoty Legionów Piłsudskiego. Bitwa. Kończą się naboje. Zawsze musi zostać jeden - dla siebie. Nie wynika to z przesadnego bohaterstwa. Widział jak wyglądają ciała tych, którzy trafili do niewoli sowieckiej. Woli grzech samobójstwa niż taką śmierć. Wycofują się na podwarszawski cmentarz. Czerwona szarańcza otacza. Kryje się za starym okazałym grobowcem. Masywne drzwi. Bagnetem udaje się otworzyć. Wskakuje! Zatrzaskuje i blokuje drzwi od środka. Duchy, nieznanych zmarłych otaczają bezpieczną ciemnością. Odsypia zmęczenie. Budzi się i próbuje otworzyć drzwi. Zacięły się. Do tego miejsca tylko się wchodzi. Próba za próbą przy pomocy bagnetu. Przerażenie! Czy zostanie tu na zawsze? Po dwóch dniach wydostaje się by walczyć dalej. Stoją Dywizje Piechoty Legionów, Stanisława ściska nowy francuski karabin, w ładownicach wystarczający zapas amunicji i racje żywnościowe. Modli się po cichu. Przed nimi rzeka. Zjawia się On - Józef Piłsudcki. Charakterystyczne wąsy i czapka. Swym szczególnym głosem i akcentem przemówił do swych żołnierzy. Podniósł do góry szablę i z okrzykiem „huraaa”, na koniu, prowadził atak decydujący o losach Europy. Od tej chwili do końca życia nie pozwolił powiedzieć na Naczelnika złego lub krytycznego słowa. Bolszewicy okopali się wzdłuż linii lasu jeden atak Polaków załamał się. Dostali wsparcie nowej broni – tankietki. Na podwoziu samochodowym cylindryczna, opancerzona wieżyczka, z karabinem maszynowym. Z zagajnika wyjechały dwa takie pojazdy w kierunku wroga. Powoli zbliżają do stanowisk nieprzyjaciela. Nagle z okopów wlało się mrowie postaci w szarych szynelach z karabinami na sznurkach, przewieszonymi przez ramie, menażkami i garnkami w rękach. – Kuszać! Kuszać! -rozległo się nad bitewnym polem. Zaskoczona załoga tankietek odczekała nim fala zbliży się na odległość skutecznego ognia. Zaterkotały karabiny maszynowe tankietek. Zdziwienie i przerażenie. Rzucają menażki łapią za karabiny. Za późno na powrót do okopów. Kule odbijają się od pancerza. Z zagajnika ruszyła polska piechota wspomóc tankietki. Masakra. Krwawa jatka. Pan Stanisław wspominał: - Nabiliśmy ich tyle, że tankietki nie mogły poruszać się wśród masy ciał. - Co było powodem dziwnego zachowania sowietów? - Byli przekonani, że tankietki to samojezdne polskie kuchnie polowe, które zabłądziły. Przez wiele dni jedli tylko to, co złupili i zdobyli na polskiej ludności. Pan Stanisława zawahał się i spojrzał na Wincentego. Czy może zaufać słuchaczom? Władza ludowa nie lubi gdy się mówi prawdę historyczną o wojnie polsko-bolszewickiej. Lecz czy to widok orła w koronie i matki Boskiej Ostrobramskiej, zauważone w domu, czy też sugestywność nalewki Wincentego, spowodował że ciągnął dalej swoją opowieść. - Pognaliśmy tą zarazę aż po dalekie kresy. Po wielu dniach pościgu oddział rozlokował się na odpoczynek. W oddali widać było kresowe miasteczko. Należało zachować ostrożność. Wygłodniałe grupy kozaków, z rozbitej armii bolszewickiej mogły znaleźć się wszędzie. Lecz brak tytoniu był silniejszy od grożącego niebezpieczeństwa. Wraz dwoma kolegami poszli do miasteczka po tytoń. Nie spodziewanie zjawiła się grupa kozaków. Rozpętała się strzelanina. Jeden z kolegów zginął. Stanisław dostał w nogę. Po okrzykach i pozorowanych komendach, kozacy byli przekonani, że w miasteczku znajduje cały oddział Polaków. Zdezorientowani podali się składając broń. Stanisław pomimo rany, wraz z kolegą wspomagani przez mieszkańców, doprowadził jeńców do swego oddziału. Został wysłany do szpitala w Rzeszowie na leczenie. Po wleczeniu rany wrócił do wojska i pełnił służbę w zaopatrzeniu. W roku 1921 pan Stanisław otrzymał Krzyż Orderu Virtuti Militari. Słuchają opowieści z niedowierzaniem. Fałszywych bohaterów po wojnie na Warmii, jest dużo. Pan Stanisław zauważył powątpiewanie. Wstał podszedł do samochodu. Podał podniszczoną i wytartą przedwojenną książeczkę wojskową. W rubryce Ordery i odznaczenie wśród wytartych liter można było z trudem odczytać Krzyż Orderu Virtuti Militari i rok 1921. - Naczelnik pamiętał o tych, co przelewali krew za Ojczyznę. Otrzymałem szesnastko hektarowe gospodarstwo wraz z zabudowaniami na Wołyniu. Gdy ożeniłem się z moją Feliksą i mieliśmy dzieci pojechaliśmy tam gospodarzyć. Byłem rzemieślnikiem – murarzem i uprawa roli mi nie szła. Wydzierżawiłem gospodarstwo miejscowemu Ukraińcowi i z całą rodziną przenieśliśmy do Przedbórza. ...
wtorek, 19 września 2006, edward.bernatowicz
|