|
Blog > Komentarze do wpisu
Niebezpieczne zabawy
. W te czerwcowe południe, szkolni przyjaciele, Sylwek i Mikołaj wracało ze świadectwami ukończenia szkoły podstawowej do domu. Razem w okresie dzieciństwa, tropili po śladach zwierzęta w pobliskich lasach. Wiedzieli gdzie są gniazda czarnych bocianów, żurawi i czapli. Razem nocą podczołgiwali się pod obozowiska cygańskie, by posłuchać śpiewów i muzyki. Razem na tratwie odkrywali „zamorskie kraje” na pobliskim jeziorku. Teraz będą mogli porzucić tą „nudną” ziemię warmińską. Lecz jeszcze nie wiedzą, że w ich pamięci – tej tylko do odczytu, wpisany został wzorzec małej ojczyzny - Warmii i gdziekolwiek będą, zawsze będzie funkcjonował. Postanowili uczcić ten dzień. W pobliskim sklepie było tylko wino „patykiem pisane” i śledzie solone z beczki. Alkoholu nie pili. Uznali, że „inicjacją dorosłości” będzie zjedzenie śledzia solonego. Usiedli nad strumieniem, gdzie woda „zimna, bystra i czysta”. Z dużym samozaparciem i poświęceniem udowadniali swą męskość, jedząc strasznie słonego ulika. Mikołaj powiedział: - Wiesz. W przyszłości chciałbym pracować w fabryce „Junaków” w Szczecinie - A ja chciałbym być tam gdzie łowią te cholerne śledzie – odpowiedział Sylwek. - Mówiłeś, że ojciec wyraził zgodę na tą Twoją szkołę morską. - Tak. Jeszcze muszę zdać egzamin i odbyć rejs kandydacki. - O! Idą tu Zygmunt i Janek - do mostka nad strumieniem gdzie siedzieli przyjaciele, szosą, zbliżali się koledzy z klasy - Nareszcie koniec tej durnej budy! Trzeba to uczcić! – Zawołał Zygmunt wyciągając za koszuli wino marki „Podpis Gomułki”. Ten popularny wśród pegeerowców mózgotrzep swą zajzajerowatością niszczył zdrowie i umysły, „nowego socjalistycznego społeczeństwa”. - Wypijecie z nami? – Zapytał Janek wyciągając z kieszeni musztardówkę. - Ja nie – powiedział Sylwek – ojciec wyczuje i będę miał problemy. Nie ojciec był naprawdę argumentem, lecz przyrzeczenie, jakie dał rodzicom i Bogu, że do osiemnastu lat nie spróbuje wina ani wódki. Ćwiczył charakter i postanowił dotrzymać przyrzeczenia. Nie mógł im tego powiedzieć, bo by go wyśmiali. - Ja też nie. – Odpowiedział Mikołaj. - Jesteście mięczaki, będzie więcej dla nas. Pij! – Janek podał napełnioną szklankę. Zygmunt wypił robiąc charakterystyczny grymas twarzy, jaki można było zaobserwować u pijaczków przed wiejskim sklepem. Szerokim łukiem, ręki z musztardówką, strzepnął resztki płynu. Był dumny ze swej dorosłości. Janek po wypić wykonał identyczne gesty. - Mam trotyl z pancerfausta i pepeszki, postrzelamy sobie – Janek wyjął z jednej kieszeni kawałki prochu a z drugiej garść naboi do pepeszy. „Zabawy” chłopców, na tych terenach, niewypałami i powojenną amunicją było przekleństwem. Matki i ojcowie słysząc w okolicy odgłosy strzałów i wybuchów od razu sprawdzali, ze strachem czy ich synowie są w domach. Ziemia warmińska pozbywała się przez lata pozostałości wojennych. Pomysłowość i bezmyślność chłopców w tym zakresie była przerażająca. Jednym z wariantów było strzelanie z pepeszek. Rozbijało się głowicę pancerfausta, pozbawionego zapalnika, i odłamywano kawałki prochu. - No, chłopcy! Na mostek! – Zawołał Zygmunt przygotowując ładunek. Na grubej stalowej belce pod mostkiem, położy kawałek prochu na nim nabój do pepeszy. Podpalił i schronił się na mostku z pozostałymi. Byli bezpieczni. Poza polem rażenia. Ten rodzaj prochu, w warunkach dostępu powietrza, smażył się paląc się powoli. Proch w leżącym na nim naboju nagrzewał się. By w końcu z hukiem rozerwać łuskę. O to właśnie chodziło. Mostek, przy którym chłopcy robili pożegnanie swej budy, był odległy od najbliższych zabudowań w Mingajnach około kilometra i osłonięty, kępą drzew. - Ale pięknie huknęło! – Zawołał Janek zbiegając z nasypu drogi, by przygotować następny ładunek. - Zaraz huknie następny! – Zawołał po powrocie. Nie czekali długo. Strzeliło. Zygmunt zbiegł natychmiast. Nagle niespodziewanie rozległ się cichszy drugi strzał. - Ratunku! Trafiło mnie w oko! Nic nie widzę na jedno oko! - Rozpaczliwie darł się Zygmunt, wybiegając spod mostu, przykrywając dłonią prawe oko. Nie krwawił tylko palce miał mokre ni to od łez ni to od jakiegoś śluzu. - Masz przyłóż! – Sylwek podał czystą chustkę do nos.- Janek zaprowadź szybko Zygmunta do domu! Nas z wami nie było! Wiedzieli, że gdy rodzice się dowiedzą, że uczestniczyli w takich zabawach to pomimo czternastu lat czeka lani, Janek z trzymającym się za oko Zygmuntem pobiegli w kierunku Mingajn. Sylwek z Mikołajem w przeciwnym kierunku do Miłkowa. Przedtem jeszcze ciekawość zmusiła, by zobaczyć, co było powodem drugiego strzału. Tyle razy tak strzelali i nie było drugiego strzału z jednego naboju. - Zobacz! – Sylwek pokazał rozerwaną łuskę. – Niema spłonki. - Przecież to się nigdy nie zdarzało, by spłonka odpaliła. - Powiedział Mikołaj – Ale mieliśmy szczęście, że nie trafiło na nas. Spotkali ponownie Zygmunta pod koniec wakacji. Zademonstrował im szklane oko, które mógł wyjąć. środa, 17 stycznia 2007, edward.bernatowicz
|