|
Blog > Komentarze do wpisu
ŚWIĘTA WIELKANOCNE W MIŁKOWIE
Wiosenne i świąteczne przygotowania były nierozłączne. W wiejskich sklepach GS można było kupić bez problemów tylko wódkę „Czystą Czerwoną Kapslowaną” i wino „Patykiem Pisane”. Rodzice Sylwka jak i pozostali rolnicy w Mikowie, byli skromnie samowystarczalni. W słoneczne wiosenne przedświąteczne dni w ogrodach, sadach trwały prace porządkowe. Drzewa owocowe z podciętymi czuprynami, ubrane w białe wapienne komże, okadzane pachnącym dymem tlących się liści, ziół i gałązek, szykowały się do pokazania swych kwiatów. Był to okres świniobicia. Z domowych wędzarń unosił się zapach jałowca dodawanego do wędzonych szynek, polędwic i kiełbas. Ze szkół i uczelni zjechało się rodzeństwo na święta. Siostry pomagały matce w przygotowaniu i pieczeniu ciast mięs i chleba, w opalanym drewnem piecu, znajdującym się w każdym domu. Sylwek wraz z bratem, pomagali ojcu w obrządku gospodarczym i pracach porządkowych w obejściu. Jego obowiązkiem było również dostarczenie ziaren i gałązek jałowca z pobliskiego lasu. Miał upatrzone wcześniej krzaki, z których bez uszczerbku dla krzewu ułamywał drobne gałązki i zbierał ziarenka. Pod płotem ogrodu i sadu w znanych sobie miejscach wykopywał korzenie chrzanu. W dużej wiejskie kuchni słychać było dźwięki ucieranego maku, ubijanego masła w drewnianych masielnicach, tartego gryzącego w oczy chrzanu i ubijanych białek z jaj. Świeżość artykułów i zapachy pieczonych specjałów tworzyły jeden niezapomniany aromat nadchodzących świąt. Gdy ciasta nadziewane powidłami z owoców własnych sadów i dżemami z jagód okolicznych lasów oraz pieczone mięsa stały przykryte lnianym płótnem w chłodnej piwnicy i spiżarni, przygotowywano świąteczne jaja. Natura obdarowywała farbami do ich malowania. Odcienie czerwieni otrzymano gotując jaja razem z burakami. Zieleń – to zasługa młodego żyta. Brązy i żółcie otrzymywano z liści cebuli. Do malowania pisanek używano naturalnego wosku. Gospodyni traciła „honor” używając sztucznych farb. W wielkosobotnie przedpołudnie w największym pokoju ustawiono stoły przykryte białymi obrusami, na których gospodyni z całej wsi ustawiły w koszykach swoje potrawy do święcenia. Sylwkek bryczką przywiódł księdza, z odległego o trzy kilometry kościoła w Mingajnach, by dokonał obrzędu poświęcenia potraw i wody przygotowanej w ocynkowanym wiadrze studziennej. Każda porządna warmińska gospodyni, nie zależnie skąd przybyła na te ziemie, wiedział, że w domu muszą być dwie rzeczy woskowa gromnica i woda święcona. Więc napełniły przygotowane buteleczki tym życiodajnym płynem. Wieczorem po kolacji matka krzątającą się przy pycie kuchennej zapytała - Gdzie jest pozostała woda święcona? - A gdzie ona była? – odpowiedziała pytaniem na pytanie starsza siostra Tereska. - Tu obok wody do picia – przy kuchni zawsze stało wiadro z świeżą wodą do picia i gotowania. - Ugotowałam z niej herbatę. Nie wiedziałam, że to święcona – z przerażeniem powiedziała Tereska. Sylwek Wanda i Stasiu przerwali picie herbaty w oczekiwaniu na coś nadzwyczajnego. Tylko starszy brat student, któremu zetemesy poprzestawiały w głowie uśmiechnął się i powiedział. - Nic się nie stało. Wierzycie w jakieś zabobony. - Co? Zabobony! – Sylwek nie widział nigdy tak zdenerwowanego ojca.- Jeszcze raz usłyszę takie słowa to nie chcę Cię widzieć w tym domu. - Przepraszam ojcze, tak mi się wyrwało. – przeprosił Antek. - A Wam – ojciec zwrócił się do pozostałych - woda święcona pozwoli być lepszymi. W Wielką Niedzielę nie padało, więc skoro świt, udano się na rezurekcje. W kościele obowiązywały pewne zasady i zwyczaje: w nawach po prawej stronie zajmowała miejsce płeć męska w pierwszych ławkach chłopcy dalej ojcowie i mężowie a w końcowych ławka młodzieńcy i kawalerowie. W lewej nawie płeć żeńska w analogiczny sposób. Rodzice, których dzieci kształciły się w szkołach średnich i na uczelniach z dumą i wyższością wkraczali całą rodziną do kościoła. Była to ich największa satysfakcja za całoroczny trud uprawiania gliniastej i kapryśnej ziemi warmińskiej, by wykształcić swe dzieci. Te święta były szczególnie przyjemne, bowiem w tym samym dniu co i grekokatolika Mikołaja.. - Chrystus Zmartwychwstał – przywitał się Sylwek - Chrystos Woskres – odpowiedział Mikołaj Zajęli miejsce z tyłu wśród młodzieży męskiej, przecież mieli już po czternaście lat i w tym roku kończą podstawówkę. Wśród wiosennego klekotu bocianów, krzyku brodzący po rozlewiskach żurawi i czapli, oraz miłosnych śpiewów skowronków, chłopcy pospiesznie wracali do domów na śniadanie. Kuku, kuku ...- rozniosło się po raz pierwszy tej wiosny z nieodległego lasu. - Masz pieniądze dla kukułki? – zapytał Sylwek. Było rzeczą oczywistą, że należy mieć przy sobie drobne monety oczekując na ten moment. Posiadane pieniądze w czasie pierwszego wiosennego kukanie, były rękojmią, że przez cały rok będzie się je miało. - Tak! – odpowiedział Mikołaj i zapytał- Kukułeczko, kukułeczko ile lat będę żył? Z tą wróżbą nie wyszło. Tak Sylwek jak i Mikołaj pomylili się w liczeniu, po za tym niebyli pewni czy nieregularne odstępy w kukaniu należy liczyć jako jedno kukanie czy oddzielne. - Co z bocianem? Jak go widziałeś po raz pierwszy? - W locie. - Ja też. Teraz już byli pewni, w stu procentach, że w tym roku ukończą szkołę podstawową i zdadzą egzaminy wstępne do wybranych szkół średnich. Bociana można było po raz pierwszy ujrzeć albo siedzącego na gnieździe. Był to zły znak. Oznaczało to, że jest poważne zagrożenie „siedzeniem” na drugi rok w tej samej klasie. Gdy się ujrzało boćka w locie oznaczało to, ze się „przefrunie” do klasy następnej. Sylwka jeszcze czekało przekonać ojca by pozwolił mu zdawać do Szkoły Rybołówstwa Morskiego w Gdyni. Chłopcy prześcigali się, bo kto pierwszy będzie w domu w tym dniu cały rok będzie miał najszczęśliwszy. Rodzinne Wielkanocne śniadanie u Sylwka rozpoczynano od dzielenia się święconym jajkiem i wileńskiego tłuczenia czubkami, kolorowych pisanek, u Mikołaja dzieleniem się święconym jakiem. Po południu dorośli zasiadali, wraz z gościnnie przebywającymi krewnymi do „degustacji” własnej produkcji nalewek. Dzieciarnia z rówieśnikami z sąsiedztwa ganiała po wsi degustując wspaniałe ukraińskie ciasta-pierogi, mazowieckie mazurki i wileńskie kińdziuki i przegotowywała niespodzianki na jutrzejszy dyngus.
sobota, 07 kwietnia 2007, edward.bernatowicz
|