Bursztynowa Miłość , Czerwona Błyskawica, Przestrzelony Krzyż, Czerwone Szakale, Miłkowo - serce Warmii
niedziela, 31 grudnia 2006
Bursztynowa Miłość XXXXX

      Michała trochę zdziwiło, że informacja o Annie zamiast przerazić Franca, przeciwnie uspokoiła i zrezygnował z planowanego powrotu do majątku. Wraz ze wszystkimi wrócił do domu Fiszterów. Siostra Helgi, pomimo opieki, z wykrwawienia wewnętrznego, zmarła w nocy. Na drugi dzień, o świcie, wszystkich postawiła na nogi łuna pożaru. To płonęła stodoła Szulców. Polną drogą, od majątku Szulców, w kierunku wsi Jesienowo, poruszali się konno Rosjanie, pędząc przed sobą krowy i konie Dwa zaprzęgi gospodarczych sań załadowanych do pełna, kończyły pochód.

     - Wszyscy – policzył Michał. – Podpalili i pojechali. Na tych saniach chyba wiozą pozarzynane świnie.

     - Do kogo oni strzelają? – Zapytał Stanisława słysząc serię z pepeszy, gdy oddział mijał przydrożny krzyż. - Chyba nie do krzyża?

      Pożarem najbardziej przerażony był Franc, chciał biec natychmiast, powstrzymano go nim oddział nie zniknął. Stanisław towarzyszył mu. Gdy dobiegli, stodoła dopalała się od niej zajęła się obora. Franc uspokoił się widząc, że wiatr wiej od domu w kierunku zabudowań i nie grozi, że się dom zajmie ogniem. Dziwiło Stanisława, że tak się martwi o uszkodzony dom. Po nocnym wybuchu pancerfausta, wschodnia, stara część była zniszczona pomimo to dach nie zapadł się. Strona zachodnia gdzie znajdował się gabinet Szulca, salon i pokój na piętrze w którym stał fortepian, był w dobrym stanie, brakowało tylko szyb w oknach. W salonie okna były zastawione materacami i pierzynami. Przy drzwiach gabinetu stał Gaston z przyjacielem, kundlem. Sprawiał wrażenie pełniącego wartę. Na dziedzińcu nadal leżało ciało Ernesta. Franc odciągnął je w bezpieczne miejsce by nie spłonęło. Zaczęli poszukiwać ciała Anny. Nie znaleźli. Stanisławowi wydawało się, że to Franca uspokoiło.

     - Wracam. Nie mamy, czego tu szukać.

     - Ja zostaję. Pochowam Erniego i zajmę się Gastonem zasługuje na to – powiedział Franc zabezpieczając wybite okna w gabinecie Szulca. – Ja tu zamieszkam.

 

     Pan Stanisław skończył Bursztynową Miłość. Słońce było już ponad horyzontem. Bocian z gniazda na stodole, klekotem rozdzielał pisklętom pierwsze śniadanie. Dopiero teraz zauważyli, że drugi przygląda się im ze szczytu dachu domu. Po skończonej opowieści zatoczył nad nimi krąg jak gdyby potwierdzał prawdziwość słów gościa i odleciał do gniazda.

     - Panie Wincenty, od kiedy na pańskiej stodole jest bocianie gniazdo? Gdy gospodarzyli tu Fiszternowie nie było go.

     - Od kilku lat. Dźwina sprawa, bo gospodarze tego gniazda maja coś wspólnego z pańską opowieścią. To gniazdo znajdowało się na kominie pozostałym po zrujnowanym domu Szulców. Kilka lat temu kominowi groziło zwalenie się. Przenieśliśmy gniazdo na moją stodołę boćki zaakceptowały  zmianę.

     - Panie Stanisławie, ale pan nie dokończył opwieści? Co się stało z Anną?

     - No właśnie tu moja wiedza ma braki. Kilka dni później opuściliśmy Miłkowo. Nie będę opowiadał jak dotarłem do Warszawy gdzie mieszkam do dziś. Na początku lat pięćdziesiątych odwiedzili mnie Michał i Bronka. Mieszkają obecnie w Olsztynie. Kilka razy przejeżdżając przez Miłkowo, Michał wypytywał o przedwojennych mieszkańców tej wsi, lecz niczego się nie dowiedział. W pięćdziesiątym drugim nawet zajrzał na Szulcowe siedlisko, Zastał zarośnięte ruiny i dumnie sterczący stary komin z gniazdem bocianim. Zaskoczył go zadbany grób pod jabłonią i krzyż bez napisu. Oglądając ruiny wtedy odkrył resztki tajnej piwnicy pod gabinetem Szulca

     - Panie Stanisławie tu mieszkają tylko osiedli po wojnie Polacy z Wileńszczyzny, Ukraińcy i rodzina Siołków, którzy nie mówią skąd pochodzą. Sąsiedzi opowiadali nam, gdy tu zamieszaliśmy w pięćdziesiątym siódmym, dziwne rzeczy o „Szulcowej Rozbitce”. Ponoć mieszkał tam, tuż po wojnie, w ruderze, zdziwaczały starzec nazywali go Franek. Mówiono, że był Polakiem – Warmiakiem i takie miał dokumenty. Wszyscy się go bali i unikali tego miejsca. Wieczorami dochodziły z stamtąd odstraszające dźwięki sił nieczystych, niczym granie fortepianu czy to płaczu niemowlęcia. Mówiono, ze potrafił zaklinać ptaki. Bocian, który zrobił gniazdo na nieczynnym kominie, słuchał jego poleceń. Gdy ktoś się zbliżał, do porośniętego krzakami siedliska, bocian i mały kundel robiły harmider. Po opuszczeniu przez wojska sowieckie, tych terenów, pojawiła się u niego niewiadomo skąd, kobieta z niemowlęciem, dziewczynką Ernestyną. Mówiono, że to jego córka i wnuczka. Zamieszkał wtedy z nimi w porzuconym domku w lesie, obok leśniczówki. Mieszkali tam kilka lat. W każdą niedzielę nowi mieszkańcy podziwiali jej smukłą sylwetkę, spięte krótko jasno-bursztynowe włosy, grę na organach i piękny, przepojony smutkiem, śpiew. Nie było w okolicy organisty i ona go zastępowała. Snuto różne przypuszczenia i domysły. Przedwojenni mieszkańcy, ci, co pozostali na tych ziemiach, nie mieli łatwego życia, czy to ze strony szabrowników czy też nieuczciwych, niektórych nowych mieszkańców jak Siołkowie. Lecz od chwili, gdy opieką, tą trójkę, otoczył, mieszkający obok, leśniczy i szacunek, jakim obdarzał ich ksiądz, nikt im nie śmiał im dokuczać.

     - To chyba była Anna. Co się z nimi stało? – Stanisław ucieszył się tą wiadomością.

     - Nie wiemy, sąsiedzi mówili, że pewnego dnia wyjechali i słuch po nich zaginął. Leśniczy musi znać ich tajemnicę, lecz nikomu nie zdradził.

 

     Po nocnej opowieści Sylwek zasypiał ściskając w ręce kawał znalezionego bursztynu. Przechodząc, kilka tygodni temu, obok Szulcowej Rozbitki, zauważył boćka jak swym długim dziobem łapie żaby i całe połyka. Normalna rzecz w życiu bocianów. Już miał spojrzeć w innym kierunku, gdy bociek uniósł swym dziobem coś brunatno-szarego i zamiast połknąć podrzucił do góry i opuścił.

     - No to się gryzoniowi udało – pomyślał Sylwek.

     Lecz to coś nie uciekło. Bociek ponownie złapał końcem swego dziobu. Podrzucił i opuścił. Widząc, że Sylwek zbliża się, by sprawdzić, co to jest, uniósł się, zataczając nad nim kręgi. Był to duży kawał bursztynu pobrudzony ziemią. Wcześniej nie przywiązywał wagi do roli, jaką odegrał bociek w tym znalezisku. Teraz, po usłyszeniu opowieści o Bursztynowej Miłości, jego dotychczasowa logika została zachwiana. Czy to wszystko, co opowiedział gość to prawda? Czy to ten bursztyn? Czy istnieje Bursztynowa Miłość? Postanowił chronić ten kawałek warmińskiego kamienia.

   -Ta Ernestyna powinna być obecnie w moim wieku.- Zasnął.

KONIEC BURSZTYNOWEJ MIŁOŚCI

Edward.Bernatowicz@wp.pl

 

08:26, edward.bernatowicz , BURSZTYNOWA MIŁOŚĆ
Link Dodaj komentarz »
sobota, 30 grudnia 2006
Bursztynowa Miłość XXXXIX

     - Siedźcie cicho. W nocy przyjdziemy po Was – powiedział Michał, gdy mijali schowek.

     - Czekamy – odpowiedziała cicho przerażona Bronka.

Dotarli do skraju wsi, do gospodarstwa Fisztnerów. Gospodarstwo było już splądrowane. Michał i Stanisław mieli ukrytą wcześniej żywność. Obora i chlewnia zostały ogołocone z inwentarza. Czekali do zmroku. Przed północą Michał postanowił, by od strony pola, dotrzeć do schowka z kobietami. Z pomocą pospieszył Franc. Niepostrzeżenie dotarli do zamarzniętego mokradła, porośniętego trzciną. Ze skraju trzcin do ściany stodoły był około pięćdziesięciu metrowy odcinek, odkrytej przestrzeni. Nasłuchiwali. Słychać było pijackie okrzyki i lamet kobiet.

     - O Boże chyba nie odkryli kryjówki! – Michał był przerażony. - Może siostry Fisztner zdradziły schowek. Idziemy.

      Michał już chciał wyskoczyć z ukrycia i pokonać  przestrzeń dzielącą od ściany stodoły.

     - Zaczekaj! – Franc złapał go za ubranie. W tym momencie z domu wytoczyło się dwóch pijanych sołdatów. Zaczęli się szarpać i wyzywać. Płynące wolno chmury odsłaniając, światło księżyca, pozwalały na lepszą obserwację tego, co się dzieje na dziedzińcu. Jeden szarpiących się zniknął na chwilę między zabudowaniami. Wrócił po chwili trzymając w ręku, charakterystyczną rurę z gruszką na końcu.

     - To pancerfaust. Co on chce zrobić? – Michał szepnął do Franca.

     - Patrz, Wania jaka niemiecka broń! – Pijany sołdat, ku przerażeniu Michała, chwiejąc się, skierował przez chwilę broń w kierunku stodoły. Następnie zaczął obracać się w przeciwną stronę. Nagły strumień ognia oświetlił sylwetki i uderzanie pancernej pięści, w róg domu zatrzęsło przestrzenią. Z domu, klnąc, wyskakiwali sołdaty. Ukryci w trzcinach słyszeli wściekłe wyzwiska starszyny. Wybuch zniszczył ścianę we wschodniej części domu, tworząc z pokoi gruzowisko. Wyleciały szyby. Pospadały pojedyncze dachówki, lecz dach został nienaruszony.

     - Musimy zaczekać jak się spiją i zasną. W piwnicy jest dużo starego wina, po nim będą spali ja zabici – szepnął Franc do Michała. Pijackie odgłosy ucichły na dobre po dwóch godzinach. Skradając się dotarli do kryjówki w stodole.

     - Bronka? Jesteś? – Michał cicho zapytał i zapukał w deski.

     - Ta. Jesteśmy – usłyszał.

     - Cicho. Wychodźcie – rozsunął deski. Cztery zmarznięte, przerażone śmiertelnie, kobiety zaczęły opuszczać schowek. Pojedynczo biegły we wskazane miejsce w trzcinach. Gdy ostatnia Krancowa opuszczała kryjówkę, usłyszeli szloch i jęki kobiet, dobiegający ze stodoły.

     - To na pewno Anna i siostry Fisztner – szepnął Franc i dodał – uciekajcie ja zobaczę.

      Franc głównie z powodu Anny pomagał Michałowi. Był świadkiem śmierci Erniego wiedział, że Anna była z nim w ciąży i teraz celem jego życia była ona i to przyszłe dziecko. Stodoła posiadała drzwi z dwóch stron klepiska, od dziedzińca i pola. Delikatnie zaczął otwierać. Skrzypnęły. Konie sołdatów prychnęły. Znieruchomiał. Cisza. Wśliznął się do środka. Nasłuchiwał w ciemnościach.

     - Anna, to ja Franc? – Szepnął.

     - To my - usłyszał z boku cichy jękliwy głos. Nie był to głos Anny, lecz Helgi.

     - Cicho Franc. Tu śpi żołnierz.

      Znieruchomiał ponownie, dopiero teraz usłyszał, z siana, z drugiej strony klepiska, pijackie chrapanie.

     - Po cicho wychodzicie – szepnął. Helga wyprowadziła półprzytomną siostrę.

     - Gdzie Anna? – Zapytał, gdy były na zewnątrz.

     - Nie wiem. Znikła albo uciekła. Nie ma jej tutaj.

     - Jak to się stało? – Helga i Franc wzięli między siebie, konającą siostrę, założyli ręce na szyję i prawie donieśli ją do trzcin. Zamierzał wrócić by nadal szukać Anny.

     - Gdy kazano Wam opuścić majątek. Ten żołnierz, którego nazywano Polaczok prowadził Annę do domu, kilka kroków za nimi pozostali szarpiąc ciągnęli nas. Miała wrażenie, że Polaczok rozmawiał szeptem z Anną chyba po polsku – odpowiadała na pytanie, poprawiając na sobie porwaną sukienkę i płaszcz.

    – W momencie, gdy mijali drzwi gabinetu Szulca, z korytarza wypadł bocian, atakując dziobem i skrzydłami żołnierza. Anna wykorzystała ten moment i wpadła do środka, zamykając drzwi na klucz. Garson nie trafiony strzałami, utykając niczym Ernest, wybiegł z domu i odfrunął w głąb sadu. Polaczok zaczął krzyczeć i tłuc kolbą w drzwi, ale nie mógł je otworzyć. Miałam wrażenie, że nie chce włamać dopiero po minucie wyważono. Anny nie było ani w gabinecie ani w salonie tylko otwarte okno w salonie sugerowało, ze przez nie uciekła.

     - Co? Nie znaleziono jej? – Dopytywał się Franc.

     - Dziwne. Przeszukali cały dom i podwórze i jakby zapadła się pod ziemię. Starszyna był wściekły i wraz z innymi swoją zwierzęcość wyładował na nas. Polaczoka, za karę wysłał na wartę. To dziwne, że nie zauważył Was, jak wyprowadzacie nas z stodoły i kryjówki.

Cdn.

 

16:33, edward.bernatowicz , BURSZTYNOWA MIŁOŚĆ
Link Dodaj komentarz »
piątek, 29 grudnia 2006
Bursztynowa Miłość XXXXVIII

      Przyłożył pistolet do głowy. Huk wystrzału! Bóg nie podjął wyzwania. Życie i śmierć pozostawił wolnej, choć złej, woli człowieka.

     - Nieeee...! – Przerażający okrzyk bólu rozległ się ze schowka. Anna słyszała i widziała przez dziurę, co się działo, nie była w stanie pohamować swej rozpaczy. Sowieci jak na komendę skryli się, padając za hałdą obornika, leżącą obok chlewu.

     - Wychodzić! Szybciej! Będziemy strzelać! – Darł się, upaprany gównem, starszyna. Rozsunęły się deski. Pierwsza wyszła Anna i z płaczem dopadła ciała Ernesta. Za nią przerażone siostry. „Bohaterscy” czerwonoarmiści, jeszcze nie opuszczali swego „pachnącego” schronienia.

     - Wychodzić! – Krzyknął, po raz drugi. Odczekał chwilę.

     - Strzelaj! – Rozkazała leżącemu obok skośnookiemu żołnierzowi. Zaterkotała seria z pepeszy po deskach stodoły. Cisza.

     - No i dziewczynki są! – Powiedział, podchodząc do klęczącej nad ciałem Anny. Złapał za warkocz i szarpnął do góry.

     - Ty, kto?

     - Polka, robotnica. – Próbował wyjaśnić Michał.

     - Milcz!

      Przerażona Helga Fisztner zaczęła krzyczeć po niemiecku wskazując na ciało Erniego i Annę.

     - To właściciel a to Polka jego żona – widząc, że Rosjanin nie rozumie. Zatoczyła rękami krąg po zabudowaniach i wskazała na ciało. Następnie na palec ręki jak gdyby wskazywała obrączkę i ponownie na ciało Erniego i Annę. Tępy pijacki umysł sowieckiego sołdata zaczął coś pojmować. Trzymając za warkocz obrócił Annę twarzą w swoim kierunku. Dojrzał srebrny łańcuszek na szyi. Złapał i szarpnął. Zobaczył krzyżyk, obrączkę i pierścionek zaręczynowy. Ułamał bursztynowy krzyżyk od srebrnego uchwytu i rzucił na ziemie. Wyjął zabrane od Ernesta pudełko. Porównał wygrawerowane wzory na obrączkach. Zrozumiał. Włożył zrabowane przedmioty do pudełka. Anna powtórnie przyklękła nad Ernestem. Leżał na wznak z twarzą zwróconą ku niebu. Z otworu w czole sączyła się krew. Jego oczy były otwarte jak po raz pierwszy w Warszawie, lecz już nie zobaczyła, jak wtedy jego duszy. Klękając jedną ręką wsparła się na bursztynowym krzyżyku, chowając go w dłoni, drugą zamknęła mu oczy. Starszyna ponownie szarpnął ją za warkocz podnosząc z kolan.

     - Polska dziwko poznałaś miłość Niemca, teraz poznasz miłość sowieckiego żołnierza – powiedział z rechotliwym śmiechem.

     W międzyczasie pozostali sołdaci po zaprowadzeniu koni do stodoły, opanowani przez zwierzęce chucie, zebrali się na dziedzińcu by rzucić się na przerażone kobiety.

     - Wy - zwrócił się do jeńców i Franca – wynoście się stąd. Zbliżycie się do gospodarstwa, będziemy strzelać!.

     - Polaczok! Ona jest moja. Skoro jest żoną gospodarza, niech pokaże gdzie mają ukrytą wódkę i kosztowności. Zaprowadzić ją do domu i pilnuj by nikt przede mną nie ruszył! – Rozkazał wycierając sianem upaprany gnojem mundur.

     - Te niemieckie kobiety są Wasze – zwrócił się do sołdatów.

     To były ostatnie słowa, jakie usłyszeli opuszczający w pośpiechu zabudowania Szulców. Specjalnie przeszli przy stodole, od strony pola, obok schowka gdzie znajdowały się pozostałe kobiety.

     - Siedźcie cicho. W nocy przyjdziemy po Was – powiedział Michał, gdy mijali schowek.

Cdn.

 

08:19, edward.bernatowicz , BURSZTYNOWA MIŁOŚĆ
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 grudnia 2006
Bursztynowa Miłość XXXXVII

     - Nie strzelaj! Zostaw go! – Rozkazał, z rechotliwym śmiechem, sołdatowi, który wycelował do bociana. Bociek przerażony krzykami i śmiechem, wpadł przez otwarte drzwi do domu.

      Opuścił pistolet skierowany w kierunku Franca. Podszedł do Ernesta. Wyciągnął rękę po dokumenty. Ernest uniósł trzymany w rękawicy dokument francuskiego jeńca. Unosząc rękę błysnął zegarek. Reakcja była natychmiastowa.

     - Ręce! – Wrzasnął Rosjanin, energicznym ruchem pokazał, że wszyscy mają pościągać rękawice i trzymać dłonie wyprostowane przed siebie. Przypomniał, że od tego powinien zacząć Uczono go na kursie partyjnym, że wszyscy bogacze i wyzyskiwacze mają czyste zadbane dłonie nie tak jak spracowane, z ziemią pod paznokciami, u robotników i chłopów rosyjskich.

      Dłonie Ernesta, pomimo, że wcześniej przybrudził sadzą i popiołem, różniły się od rąk pozostałych. Były to dłonie stworzone do klawiatury a nie do wideł i gnoju.

     - Zegarek! – Rozkazał, wskazując na rękę. Ernest zrozumiał odpiął zegarek i podał. Był to prezent na osiemnaste urodziny od matki z wygrawerowaną dedykacją. Nigdy go nie zdejmował. Upodabniając się do francuskiego jeńca zapomniał o zegarku.

     - Faszystowski wyzyskiwaczu chciałeś oszukać sowieckiego żołnierza – krzyczał oglądając niemiecki napis na kopercie.

     - Polaczok! Obszukaj! – Około czterdziestoletni żołnierz stojący obok starszyny nazwany Polaczok różnił się od pozostałych, nie uczestniczył w plądrowaniu domu i nie śmierdział alkoholem, przyglądał się szczególnie Michałowi i Stanisławowi, żywo reagował na polskie słowa. Nie odzywając się. Zaczął przeszukiwać kieszenie Ernesta. Wyjął z kieszeni bursztyn i podał.

     - Co to? – Rosjanin oglądnął ze wszystkich stron, zgryz zębami, splunął i szerokim łukiem wyrzucił w kierunku pola. Polaczok wyjął z następnej kieszeni, prostokątne srebrne pudełko i podał. Starszyna otworzył wyjął z niego obrączkę następnie rozwinął opaskę z czerwonym krzyżem.

     - Niemiecki psie! Ty żołnierz! – Ryknął. Uniósł sześciostrzałowy nagan w kierunku głowy Ernesta. Wycelował. Ten zrozumiał i odruchowo przeżegnał się. Rosjanin uniósł pistolet w górę i strzelił w powietrze. Zarechotał diabolicznym śmiechem.

     - No to będzie gra w ruską ruletkę z Twoim Bogiem – pociągnął ręką po bębenku nagana. Zaterkotało jak w ruletce. Uniósł lufą do góry. Nacisnął spust. Strzał. W bębenkowym magazynku pozostały cztery naboje i dwie łuski.

     - Zobaczymy czy Bóg Cię ochroni? – Ponownie zaterkotał bębenek.

Cdn.

07:09, edward.bernatowicz , BURSZTYNOWA MIŁOŚĆ
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 grudnia 2006
Bursztynowa Miłość XXXXVI

      Świtanie przypadło na ponowny dyżur Michała. Wytężył wzrok. Absolutny bezruch na wzgórzu. Pomimo białych ochronnych ubrań niemieckich żołnierzy, wczoraj można było dojrzeć poruszające się ledwo widoczne postacie.

 

     Co jest? Pospali się, czy się tak idealnie zamaskowali? – Pomyślał Michał.

Wschodzące słońce przebijając się przez prześwity chmur, rozjaśniło przestrzeń. A to, co? Od podnóża niemieckiego wzgórza, z niewidocznej strony dla atakujących, przez pola biegła wydeptana w śniegu ścieżka. Przygotowanym wcześniej kawałkiem polana uderzył kilkokrotnie w podłogę, ten sygnał słyszalny w cały domu nie oznaczał alarmu, tylko „Przygotować się”. Po chwili na strychu zjawił się Stanisław i Maxl.

     - Co się dzieje? – Zapytał.

     - Zobacz.

     - Chyba Niemcy się wycofali w kierunku na Lechowo i wzgórze jest puste.

     - Maxl uprzedź pozostałych by byli przygotowani – łamaną niemczyzną powiedział Michał.

     Nie czekali długo. Szare sylwetki, za wzgórzem, zaczęły się ruszać i po chwili rozwinęła się tyraliera jak wczoraj, tylko była dłuższa i liczniejsza. Dobiegające z opóźnieniem, Urraaaa... Było głośniejsze. Skrzydła, atakujących, zaczęły się zaginać, obejmując wzgórze niczym w śmiertelne ramiona. Wzgórze milczało. Pierwsi żołnierze dopadli stanowisk, bez jednego wystrzału. Pochylone karabiny z ostrymi bagnetami nie miały zajęcia. Wzgórze było puste. Szare postacie rozproszone w czasie ataku skoncentrowały ponownie, tworząc jedną ruchliwą plamę. Z niecki strumienia wyjechał gazik a zanim kolumna samochodów dojechali do spalonych czołgów i zatrzymali się. Po kilku minutach dołączył do nich oddział na koniach.

     - Naradzają się. Wkrótce będziemy mieli gości – powiedział Stanisław. Wyglądało na to, że narada się skończyła i wydano rozkazy. Odział pieszych marszem ubezpieczanym ruszył szosą do wsi. Konni, przez pola, w kierunku majątku Szulców.

     - Będą tu za dziesięć minut. Trzeba się przygotować. – Obserwatorzy zbiegli do pozostałych.

     - Kobiety! Chować się!

     Po chwili kobiety znieruchomiały w swych kryjówkach. Mężczyźni zebrali się razem w pomieszczeniu gospodarczym, w dużej oborze, wypełnionej, krowami, obserwując dyskretnie kierunek, z którego zbliżał się oddział. Było ich dziesięciu w długich szynelach na małych koniach. Dojechali do początku lipowej alei. Zsiedli z koni. Dwóch pozostało przy koniach pozostali, ubezpieczając się nawzajem, ruszyli w kierunku zabudowań.

     - Wychodzić! Wychodzić! – Rozległo się na dziecińcu raz po rosyjsku drugi raz po niemiecku.

     - Nie strzelać! My jeńcy! Wychodzimy! – Zawołał Michał, pochodził z kresów i znał trochę rosyjski. Pojedynczo wyszli z obory w butach, upapranych obornikiem i ubraniu w słomie i sianie. Sprawiali wrażenie jak gdyby pracowali przy obrządku krów.

     - Niemcy? Żołnierze? Są? – Zapytał, po rosyjsku, dowodzący oddziałem starszyna, podchodząc do Michała. Zalatywało od niego smrodem alkoholu.

     - Nie. Nie ma.

     - Niemiec? Gospodarz? Kobiety? – Chytrze zapytał, obserwując ustawionych pod ścianą stodoły mężczyzn, celując w ich kierunku pepeszą.

     - Nocą uciekli – skłamał Michał. W tym czasie pozostali kończyli przeszukiwanie domu. Słychać było odgłos rozwalanych sprzętów, bardziej niż nieprzyjaciela szukano ukrytych wartościowych przedmiotów. Z kurnika wyciągano drób. W budynku chlewni padł strzał, starszyna złapał ze strachem za pistolet. Lęk był bezpodstawny to jeden z sołdatów zastrzelił świniaka w chlewie i przywiązawszy długim powrozem za nogę do siodła, wyciągnął go na środek zaśnieżonego dziedzińca i zaczął go oprawiać.

     - Dokumenty! - Rozkazał wściekły do stojących.

      Chętnie pociągnąłby po nich z pepeszy, lecz bał się, że któryś z jego sołdatów doniesie pułkownikowi. Za zabicie Niemca, nie zależnie czy to żołnierza czy cywila, pułkownik by go pochwalił, ale tu są jeńcy sojusznicy. Za zabicie takiego, „czapa” bez sądu.

     - Kto ty? – Zwrócił się do Franca, po sprawdzeniu dokumenty Michała i Stanisława. Przy przeglądaniu dokumentów Michał miał wrażenie, że pijany sołdat nie potrafi przeczytać łacińskich liter.

     - To niemiecki robotnik. On komunista. Nie uciekł, chciał pomóc Armii Czerwonej w wyłapaniu we wsi, faszystów – odpowiedział Michał trochę po polsku trochę po rosyjsku..

     - Kłamiesz! Wszyscy Niemcy to sukinsyny! – Podniósł w kierunku Franca pistolet. Stojący obok pięcioletni i sześcioletni chłopcy Krancowej wybuchli płaczem. Coś drgnęło w przekrwionych pijackich oczach. W tym momencie z obory wypadł sołdat, za nim, machający skrzydłami, Garson próbujący dosięgnąć go dziobem. Rozbawiło to starszynę.

Cdn.

08:38, edward.bernatowicz , BURSZTYNOWA MIŁOŚĆ
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 grudnia 2006
Bursztynowa Miłość XXXXV

   - Pozostań i obserwuj ja pójdę do pozostałych. Za dwie godziny ktoś Cię zmieni. Nie zaśnij!

   Stanisław zostawił Michała i zbiegł na dół. Zmarznięte kobiety zaprowadził do pozostałych. Wszyscy zebrali się w jadalni, było siedem kobiet i czterech mężczyzn, razem z Michałem i dwójka dzieci wdowy Krancowej. Pozostali pracownicy pouciekali, gdy rozpoczął się atak. Zaopiekowano się przybyłymi. Z przerażeniem opowiadały, co się dzieje na zatłoczonych drogach. Wolały wrócić i czekać na swe przeznaczenie.

   - Dzisiaj do nas sowieci na pewno nie dotrą, ale musimy być przygotowani. – Stanisław powiedział, co zobaczyli z Michałem, Anna przetłumaczyła po niemiecku.

   - Nie wiadomo, co może nas jutro spotkać, dlatego chcemy z Anną przekazać wam wiadomość – powiedział Erni biorąc Annę za rękę.

   – Ja i Anna jesteśmy od Świąt małżeństwem. Świadkami naszego ślubu są Franc i Bronka. Mogą to potwierdzić.

   Najbardziej zaskoczone była Helga Fisztner i jej siostra. Czuła wyrzuty sumienia, że z zazdrości doniosła Knutowi o swym podejrzeniu o karalnych stosunkach miedzy Anną i Ernim. Nie wtajemniczeni dopiero teraz zrozumieli niektóre dziwne zachowania tej pary.

   - Zostawimy Was. Franc powiedz siostrom gdzie i jak mają się ukryć przed sowietami. Ja z Anną tą noc, bez tajemnicy, chcemy spędzić razem w moim pokoju.

   - Bronka, Żaneta, Krancowa i ty – powiedział Franc po wyjściu Ernesta i Anny, wskazując na Polkę, która po kopaniu okopów zabrała się z nimi. – Ukryjecie się w schowku od pola jest większy, a Anna i wy – wskazał na siostry - w schowku od podwórza. W razie zagrożenia pobiegniecie z Anną do stodoły. Dzieci zostaną z nami.

   - Maxl! Ubierz się w swoje wojskowe ubranie i ten znoszony płaszcz tak jak Stanisław i Michał, by było widać, że jesteście jeńcami wojennymi. Mam część francuskiego munduru dla Ernesta tak jak wczesnej wam mówiłem.

   Nikt nie zaprotestował. Oprócz sióstr wszyscy wiedzieli, że Erni będzie udawał francuskiego jeńca. Stanisław zmienił Michała w punkcie obserwacyjnym na strychu. Przekazał wiadomość o ślubie Anny i Ernesta.

   - Głupio, że Anna zakochała się w Niemcu. Widać, że to uczucie dwustronne, a ja tak brzydko o nich myślałem i dziwiłem się Bronce, że ich broniła.

   - Co tu wydarzyło się na wzgórzu? – Zmienili temat.

   - Pół godziny temu wybuchła krótka strzelanina, i zapaliła się słoma przy drodze. Wydawało mi się wówczas, że widzę jakiś ruch na Niemieckich stanowiskach.

   - Teraz ja poobserwuje. Idź do swej Bronki. Za dwie godziny przyślij, Maxla by mnie zmienił.

   Anna i Ernest byli małżeństwem już nie tylko przed Bogiem, ale i przed ludźmi. Czekali.

   Jaki jest czas?

   Nie ma czasu uniwersalnego i obiektywnego dla człowieka. Każdy człowiek ma swój własny miernik czasu. Jest czas życia, jest czas chwili. Ich czas dzielił się na czas do i od warszawskiego spotkania. Od tego spotkania do tej nocy, był ich czasem życia, bo był czasem miłości.

Czas chwili?

   To była ta noc nadzieji i lęku. Lęku nie o swoje życie, bo czas miłości był życia spełnieniem, lecz o tą drugą osobę i tą, która była wynikiem ich miłości i miała się urodzić. Czas chwili był dla nich czasem wieczności czekania. Tylko to, co wzmacniało i wyznawało ich wzajemne uczucia, muzyka fortepianowa, pozwalała łagodzić ból i dawała nadzieje. Grali na zmianę. W jadalni na dole, przy słabym świetle lampy naftowej, słychać było ciche słowa niemieckie, polskie i francuskie, odmawianych modlitw. Dochodzące z piętra, dźwięki smutnych melodii, unosiły słowa modlitw, dając nadzieje, że dotrą do adresata i zostaną wysłuchane.

Cdn.

08:20, edward.bernatowicz , BURSZTYNOWA MIŁOŚĆ
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 25 grudnia 2006
Bursztynowa Miłość XXXXIV

      Płonące czołgi tworzyły zasłonę rannym i tym, co się uratowali. W chaotycznej i bezładnej wymianie strzałów wycofali się. Kilku skryło się w trzcinie na zamarzniętym stawie, jego brzegi dawały ochronę przed ogniem niemieckich karabinów. Pozostali, rowem przydrożnym, dotarli za następny pagórek, u podnóża którego, z osłoniętej przed ostrzałem strony, płynął pod lodem, mały strumień, w głębokim i szerokim jarze. Przecinał on szosę około kilometra od niemieckich stanowisk w kierunku skąd nadjechała kolumna czołgów. Pojazdy wyjeżdżające z tego kierunku były widoczne dopiero, gdy minęły mostek na strumieniu i wyjechały z porośniętej krzakami i drzewami niecki.

     - Patrz to chyba gazik ich dowódcy – powiedział Michał widząc wyjeżdżający samochód. Samochód zahamował nagle, jakby przerażony tym, co zobaczył. Postał chwilę i cofnął się z powrotem w nieckę strumienia. Śnieg przestał prószyć. Widoczność się poprawiła. Z punktu obserwacyjnego na strychu można było zobaczyć leżące przy brzegu stawu i za wzgórzem sylwetki rosyjskich żołnierzy. Po kilku minutach z niecki strumienia, niczym z naturalnej transzei, do leżących zaczęty dobiegać pochylone szare sylwetki. Można było rozróżnić długie karabiny z bagnetami. Z niemieckich stanowisk przygotowania te były niewidoczne.

     - Dowódca przysłał wsparcie. Chyba szykują atak.

     - Nie zdążą przed zapadnięciem zmroku. Atak nocą to byłaby głupota. – W tym momencie skoncentrowana plama ludzkich istnień za wzgórzem, zaczęła się rozbiegać w dwóch kierunkach tworząc tyralierę Z tyłu w pewnej odległości biegła sylwetka wymachująca pistoletem.

     - Ten z tyłu to na pewno dowódca. On ich nie prowadzi do ataku, ale ich goni – zauważył Michał.

     Do uszu obserwatorów dobiegło spóźnione, dalekie.

     -Uraaaa!

      Niemieckie stanowiska milczały. Pierwsze sylwetki dobiegły do szosy niektóre minęły linię zniszczonych czołgów, gdy obserwatorzy ujrzeli nagle błyski z krzaków i białego śniegu na wzgórzu. Sylwetki, atakujących, zaczęły padać jedna po drugiej. Dopiero po chwili ucichło „Uraaa” a do uszu obserwatorów dotarła kanonada wymiany ognia. Jednemu z atakujących udało się pokonać szosę. Szeroki wymach ręką i krzak, za którym Michał ze Stanisławem wyrąbali okop, wyleciał w powietrze w śnieżnym pyle.

     - Ten od pancerfausta oberwał. – Skomentował Stanisław

      Atakujący zaczęli się wycofywać raczej chaotycznie uciekać na czele gnała sylwetka z opuszczonym pistoletem.

     - Już po ataku. Chyba już dziś nie zaatakują, robi się ciemno. – Głośno zastanawiał się Michał.

     – A to, kto? – Powiedział wskazując w kierunku drogi po przeciwnej stronie wsi, którą ewakuowali się mieszkańcy Miłkowa i uciekinierzy. Na przełaj przez pola zbliżały się dwie kobiece postacie. Gdy weszły na podwórze rozpoznali w nich córki ich gospodarza Fichtenberga.

     - Pozostań i obserwuj ja pójdę do pozostałych. Za dwie godziny ktoś Cię zmieni. Nie zaśnij!

Cdn.

15:32, edward.bernatowicz , BURSZTYNOWA MIŁOŚĆ
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 24 grudnia 2006
Bursztynowa Miłość XXXXIII

     - Najszybciej będzie można, ukryć się  w stodole w sianie – zaproponował Michał, przerażony o Bronkę. Znał dobrze zawartość stodoły Szulców.

      Jedna strona drewnianej stodoły aż po krokwie była załadowana słomą i sianem. Z góry w pośpiechu wydrążono przy deskowych ścianach tunele sięgające do dołu, tam zrobiono komorę mogącą pomieścić kilka osób. Poluzowane deski ściany pozwalały na wejście i wyjście do schowka z zewnątrz. Ustalono, że będzie to wyjście awaryjne. Przy padającym śniegu, ślady, chowających się, zdradziłby kryjówkę. Dwa takie schowki, jeden od podwórza, drugi od pola mogły pomieścić wszystkie kobiety. Ślady na śniegu wokół stodoły wyrównano gałęzią świerkową. Padający śnieg dopełniał maskowania. Przez cały czas pośpiesznych prac, jeden z mężczyzn obserwował przez okienko na strychu domu, umocnione wzgórze i jego okolice. Dalekie przerywane odgłosy walk zbliżały się powoli. Było już dobrze po południu, do zmroku pozostało ponad godzinę, gdy dał się usłyszeć, jeszcze daleki, charakterystyczny warkot nadjeżdżających czołgów. Michał, pełniący funkcję obserwatora, wytężył wzrok w kierunku szosy i wzgórza. Padający rzadki śnieg ograniczał widzenie. Stanisław, znajdujący się na podwórzu, znał ten warkot silników z walk wrześniowych. Usłyszawszy pobiegł do Michała.

     - Ostrzegłem wszystkich by byli przygotowani. Co widać? – Zapytał.

     - Jeszcze nic. Zobacz!

      Warkot narastał. W tym momencie na szosie, w odległości około dwustu metrów, od umocnionego pagórka, z śnieżnej mgły, wyłoniła się, nie wrażana sylwetka czołgu. Za nim drugi i trzeci. Jechały na całej mocy silników. Na pancerzach zarysy sylwetek żołnierzy.

     - To chyba uciekające niemieckie. Jadą bez rozpoznania. – Przy tak słabej widoczności trudno było rozróżnić typ czołgu.

     - Masz rację, zaraz miną pagórek.

      Michał nie dokończył zdania i gdy pierwszy mijał pagórek a trzeci dojeżdżał, z ukrytych w krzakach stanowisk wyleciały trzy ogniste jęzory. Trzy potężne wybuchy, jeden po drugim, zatrzęsły okolicą. Przerażone psy zamilkły i pochowały się w budach. Z trafionych, pancerfaustami, płonących czołgów zeskakiwały postacie na przeciwną stronę szosy. Niektóre płonęły, trafione strzałami ze wzgórza, padały bezładnie jak rzucane worki ziemniaków.

     - Ale zrobili im jatkę. Sowieccy dowódcy to chyba idioci. Puszczać kolumnę czołgów bez rozpoznania i zwiadu.

      Pomimo że byli zwykłymi żołnierzami, widzieli głupotę w dowodzeniu. Uczuciami w tej bitwie byli po stronie Rosjan. Lecz również wiedzieli, że wolność uzyskana z takich rąk może być śmiertelna.

Cdn.

09:19, edward.bernatowicz , BURSZTYNOWA MIŁOŚĆ
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 grudnia 2006
Bursztynowa Miłość XXXXII

     - Niech Niemcy i ich kobiety teraz płacą za morderstwa, jakie popełnili w Polsce i Rosji.

     - Oni gwałcą i mordują nie tylko Niemki, również jeszcze prawie dzieci i kobiety, innych narodowości, wywiezione na roboty. Po odbiciu miasta przez Niemców widziałam konającą trzynastoletnią dziewczynkę zgwałconą przez cały oddział. Najokrutniej postępują, ze swoimi rodaczkami. Pracowałam razem z Wierą wywiezioną spod Mińska. Znalazłam jej ciało z przestrzeloną głową. Wybiegła na ulicę powitać swoich rodaków, jak opowiadali świadkowie. Gdy usłyszeli, że jest Rosjanką, najpierw ją cały oddział zgwałcił a później oficer polityczny ją zastrzelił. Według rozkazu Stalina była „zdrajcą narodu radzieckiego, bo pracowała dla wroga”.

 To, co usłyszał Michał i Bronka przeraziło. To już nie była wiadomość propagandy hitlerowskiej, lecz relacja naocznego świadka i do tego Polki. Przekazali wiadomość Annie a ona pozostałym pracującym. Po pięciu godzinach oficer stwierdził, że stanowiska są przygotowane i mogą wrócić do domów. Częścią przywiezionej słomy wyłożono okopy a sanie, po wyprzęgnięciu koni, z resztą słomy, zostały przewrócone przy szosie, u podnóża pagórka. Wyglądały jak porzucone w czasie ucieczki. Padający śnieg powoli maskował stanowiska. Przed powrotem do domów, sołtys przypomniał o rozkazie ewakuacji a ci, co zdecydowali się pozostać, mają nie przebywać, w czasie walki, blisko szosy.

     - Bronka, idziemy z wami do gospodarstwa Szulców. Majątek leży z dala od drogi tam przeczekamy – zadecydował Michał.

 

      Ernest cały czas przed domem obserwował z niepokojem odległy pagórek widział szare sylwetki pracujących i białe ochronne ubrania niemieckich żołnierzy. Lękał się o Annę. Rosjanie mogli nadjechać i zaatakować w każdej chwili. Nerwowo chodził utykając i podpierając się laską. Po przeciwnej stronie wsi na polnej drodze, zasypanej śniegiem, sznur furmanek, załadowanych dobytkiem i ludźmi, poruszał się w kierunku Lechowa. Konie grzęzły w zaspach, więc wyrzucano z wozów cięższe przedmioty. Z daleka białe pobocze było upstrzone ludzkim dobytkiem. To niebyła ewakuacja, tylko było bezsilne miotanie się przerażonych ludzi. Nie wiadomo, dlaczego przypomniał widok kolumn ludzi w walczącej Warszawie. Podświadomie ściskał w ręku swój bursztyn. W obecnej grozie sytuacji uważał, że to jest bezsensownie, lecz ten kamień dawał mu jakąś niewytłumaczalną nadzieje. Uspokoił się widząc powracającą grupę. Zdziwiło go to, że wraca więcej osób niż wyruszyło. Przekazana wiadomość uciekinierki z Ornety przeraziła jeszcze bardziej. Wszyscy robotnicy pochodzenia niemieckiego oprócz Franca i wdowy Krancowej w pośpiechu dołączyli do uciekinierów. Pozostali wspólnie ustalili, że należy przygotować kryjówki dla kobiety, tak, by mogły przetrwać przejście oddziałów.

Cdn.

08:07, edward.bernatowicz , BURSZTYNOWA MIŁOŚĆ
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 grudnia 2006
Bursztynowa Miłość XXXXI

     Pan Stanisław znowu przerwał, wskazał ręką w kierunku pagórka, leżącego przy szosie niedaleko zabudowań i sadu, w którym siedzieli. Przez piętnaście lat od wojny, krzaki rozrosły się, wśród nich górowała brzoza. Na jej wierzchołku, spóźniony w swych miłosnych zalotach kos próbował uporczywym śpiewem, zwabić partnerkę. W gwieździstej księżycowej nocy widać było tylko zarysy drzewa.

     - To ten pagórek. Byłem również tam wtedy – zastanowił się chwilę, spojrzał na Sylwka i Wincentego. - Panie Wincenty nie powinienem opowiadać dalej.

     - Dlaczego? – Zapytał gospodarz, dolewając gościowi „niedźwiadka”.

     - Pierwszy powód to taki, że miałbym kłopoty od „towarzyszy”, za głoszenie prawdy o Armii Czerwonej. Drugi to, co się wydarzyło wtedy może być zbyt okrutne dla uszu tego młodego człowieka. – Wskazał na Sylwka

     - Panie Stanisławie, może mi pan zaufać ja i moja rodzina też doświadczyła krzywd na Wileńszczyźnie od sowietów. Może być pan pewien, że to, co pan powie zostanie między nami. Mogę również zaręczyć za syna – mówiąc, spojrzał na Sylwka – Ma prawie czternaście lat i wie, że to, o czym się mówi w domu, w obecnych latach sześćdziesiątych, jest tajemnicą rodziny. Okrucieństwa wojny? Powojenne pokolenie wyrasta na tych opowiadaniach, oby tylko mogło zapamiętać prawdę.

     - Dobrze. Zaufam panu – zdecydował.

Nie wiadomo czy powodem zaufania było zapewnienie Wincentego, czy też „odwaga osobista”, spowodowana „niedźwiadkiem”, którego więcej niż połowa ubyło z butelki.

 

     - Nie będziemy musieli kopać dla nich grobów – powiedział do Bronki, Michał, który również znalazł się w grupie, pracujących na wzgórzu.

     - Nie wiem czy my nie znajdziemy się w tych grobach, gdy przyjdą Rosjanie – włączyła się do rozmowy kobieta obok.

     - Dlaczego? – Zapytała Bronka, zaskoczona mówiącą po polsku nieznajomą kobietę. Rozmawiali ściszonym głosem by nie słyszeli rozmowy niemieccy żołnierze nadzorujący pracę.

     - Byłam w Ornecie, gdy zdobyli ją Rosjanie. W porę udało się mi ukryć w najpierw na strychu a później w podziemiach ratusza. To, co zobaczyła i usłyszałam, będzie mnie prześladowało do końca życia.

     - Co tak panią przeraziło? – Zapytał z niedowierzaniem Michał.

     - To nie wojsko jak my sobie wyobrażamy to pijana banda rabująca i gwałcąca.

Cdn.

 

06:54, edward.bernatowicz , BURSZTYNOWA MIŁOŚĆ
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 grudnia 2006
Bursztynowa Miłość XXXX

      - Kochana, jestem pewien, że bursztynowa miłość ochroni, nas i nasze dziecko.

      - Ja również.

      Tej nocy prawie nie spał. Leżał intensywnie rozmyślając o wszystkim. Anna spała bezpiecznie wtulona w niego. W ciszy nocy, dochodzące, co pewien czas z dalekiego Lidzbarka, odgłosy wybuchów, zbliżały się. O świcie, stukanie do drzwi. Ernest otworzył. Na progu stał oficer Wermachtu i dwóch żołnierzy.

      - Pan jest tu gospodarzem?

      - Tak.

      - Dlaczego nie jest pan w wojsku? – Zapytał, widząc mężczyznę w wieku zabijania.

      - Zwolniono mnie ze względu na rany – odpowiedział wychodząc z domu na podwórze. Dopiero teraz oficer zauważył, ze Ernest utyka.

      - Nie po to tu przyszedłem. Proszę natychmiast zebrać wszystkich przed domem! – Rozkazał. – Mają zabrać ze sobą łopaty, kilofy i siekiery! Potrzebni są do kopania okopów. Proszę również przygotować zaprzęg sań i załadować na nie słomę. Żołnierz powie ile. Pan niech się przygotuje z rodziną do ewakuacji w kierunku na Lechowo i Braniewo. Można poruszać się polnymi drogami. Szosa ma być wolna dla transportu wojskowego. Za kilka godzin mogą tu być sowieccy barbarzyńcy.

      Po kilku minutach wszyscy pracownicy majątku, stali, ustawieni, dwójkami, z łopatami, kilofami i siekierami. Oficer zarządził wymarsz. Ruszyła kolumna za saniami w kierunku wniesienia oddalonego około kilometra od gospodarstwa. Po zboczu wzniesienia biegła droga, którą musiały przejechać oddziały Armii Czerwonej, ze zdobytego Lidzbarka, w kierunku Ornety. Niemieckie oddziały próbowały powstrzymywać marsz, tworząc punkty oporu na przydrożnych pagórkach, by dać czas swoim oddziałom na wycofanie się, drogami zatłoczonymi uciekinierami. Wybrany przez oficera pagórek miał być takim punkt. Zegnani z pobliskich zabudowań mieszkańcy wyrąbywali w pośpiechu, między krzakami, w zamarzniętej ziemi, stanowiska dla żołnierzy.

Cdn.

08:30, edward.bernatowicz , BURSZTYNOWA MIŁOŚĆ
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 grudnia 2006
Bursztynowa Miłość XXXIX

...

      Ernest i Franc podjęli decyzję. Pozostają.

     - Pracownicy przymusowi nie zdradza. Gdyby dotarli tu czerwonoarmiści, możesz ukryć się wśród nas jako francuski jeniec. Przygotowałem ubranie, byś wyglądał jak jeden z nas – powiedział Franc wkładając do szafy w pokoju Erniego, przybrudzone: stary francuski wojskowy płaszcz, czapkę, robocze ubranie i buty.

     - Pamiętasz o wszystkim, Franc, ale nie wiem czy to się uda nie sądzę by wszyscy jeńcy i pracownicy we wsi mieli do mnie taki stosunek.

 

     Pan Stanisław ponownie się przerwał opowiadanie i zamyślił się.

     - Ernest miał rację, że nie wszyscy będą go dobrowolnie chronić. Michał, który od Bronki dowiedział się o planach Franca, poinformował mnie.

     - Gdy front będzie się zbliżał przeniosę się do gospodarstwa Szulców, będę z Bronką. Powiem Rosjanom, że Ernest to Niemiec.

     - Dlaczego? Przecież to porządny człowiek

     - Nie wierze za bardzo, że porządny. Bronka nie chce mówić, ale on coś zrobił tej Annie. Po za tym Niemcy zamordowali moich rodziców.

     - Na twoim miejscu nie robiłbym tego. Wiesz przecież, co wydarzyło się w Ornecie. Rosjanie zdobyli miasto i Niemcy je odbili i rozstrzelali tych, którzy pomagali sowietom.

     - Przekonałeś. Nie będę narażał mojej Bronki.

      Walki trwały. Wśród morenowych warmińskich pagórków, w zimowym powietrzu, z balkonu Szlucowego domu, w normalny czas, można było usłyszeć dźwięczne odgłosy dzwonów, odległych wiejskich kościołów, wzywających na Anioł Pański. Dzwony zamilkły. W ich przestrzeń wtargnęło ponure dudnienie, zbliżających się i oddalających się wybuchów. Docierały on od strony Ornety jak również Lidzbarka Warmińskiego. Front nie istniał. Odziały walczących stron zdobywały lub odbijały. Szły w rozsypkę to znowu koncentrowały się by zaatakować.

Tego wieczora fortepianu był wyjątkowo smutny.

     - Żaneta, czy Erni nie zwariował? W takiej sytuacji on gra zamiast uciekać na Zachód – powiedział Maxl, gdy usłyszał dźwięki dochodzące z pokoju na piętrze.

     - Sadzę, że go coś poważnego łączy z Anną. Zauważyłam, że ona często jest w jego pokoju, gdy słychać granie. Chyba nie chce jej zostawić.

 

     Anna i Erni łapczywie korzystali, z chwili wspólnego miłosnego bycia. Nie wiadomo, co przyniesie jutro?

     - Erni muszę powiedzieć coś ważnego.

      Wzięła jego gładką dłoń z palcami stworzonymi do klawiatury. Spojrzeli sobie w oczy. Za każdym razem, gdy spotykał się błękit i jasna zieleń ich oczu odczuwali tą niesamowitość.

     - Tak kochana. – Tym razem w głębi jej dusz zobaczył coś więcej. Był to lęk, lecz nie o ich miłość, lecz o coś ważniejszego.

     - Erni, jestem w ciąży.

Taka wiadomość, gdy dotrze do świadomości zakochanych, przenosi ich miłość na wyższy poziom. Prawdziwe uczucie otrzymuje w tym momencie wspólny mianownik.

     - Jestem przerażony tym szczęściem – powiedział. Jaki byłby szczęśliwy gdyby nie wojna. Do tej chwili lęki ich miłości, ograniczały się do chronienia tej drugiej osoby. Teraz nadrzędnym celem ich miłości jest to dziecko.

Cdn.

10:25, edward.bernatowicz , BURSZTYNOWA MIŁOŚĆ
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 17 grudnia 2006
Bursztynowa Miłość XXVIII

...

   Przez najbliższy miesiąc Ziemia Warmińska nasiąkała ludzką krwią. Bezduszną łapczywością piła ją, było jej obojętne czyja to krew Niemca czy Rosjanina, żołnierza czy cywila, kobiety czy mężczyzny, dziecka czy starca, bohatera czy tchórza.

   Zatrwożyła się matka Natura, że to wbrew jej naturalnym prawom i że ta krew skaże, na lata, swą nienawiścią przyrodę Warmii a nie grzebane rozkładające się ciała, zatrują czysty oddech lasów i pól. Ścięła ziemię dwudziestostopniowym mrozem i przyprószyła śniegiem. Nich wyrodne jej dziecko, człowiek, zabijając, w swej świadomości utrwali czerwone plamy na białym śniegu i sztywne upiorne ciała. Niech do końca jego życia męczą go te koszmary.

Szosa między Lidzbarkiem Warmińskim i Ornetą, przy której leżało Miłkowo, była oddalona od majątku Szulców, około kilometra. Sieć bunkrów i umocnień „Trójkąta Lidzbarskiego” to ostatnia przeszkoda dla Armii Czerwonej w dotarciu do Zalewu Wiślanego. Zarządzona przez władze niemieckie ewakuacja na zachód, zwiększyła tragedie Warmiaków.

 Zatory na drogach!

 Zamarznięte ciała przy drogach!

 Pierwszeństwo dla transportu wojskowego!

 Trzeba jeszcze zabijać! Zabijać! Zabijać!...

 Przecież to za Tysiącletnią Rzeszę!

 Przecież to w obronie tych dzieci i starców przysypanych śniegiem przy drodze.

 Przecież to za Stalina i sowiecką Rosję.

Dla zabijania, człowiek zawsze ma uzasadnienie.

Cdn.

07:55, edward.bernatowicz , BURSZTYNOWA MIŁOŚĆ
Link Dodaj komentarz »
sobota, 16 grudnia 2006
Bursztynowa Miłość XXXVII

...

   - Musimy przenieść do piwnicznego schowka, pozostałe wartościowe przedmioty. Franc przygotuj się do ewakuacji z pozostałymi mieszkańcami wsi.

   - Jestem już stary i stąd się nie ruszę. Zabierz swoją żonę i wyjeżdżajcie w bezpieczne miejsce.

   - Myślałem o tym, ale to jest nie możliwe nie uda się zabrać ze sobą Anny. Nie jest obywatelką Rzeszy. Zostanę tu.

   - Wiedziałem, że tak postąpisz i przygotowałem się na taką sytuację.

   - Franc, coś ty wymyślił?

   - Gdy woziliśmy żywność do stalagu w Ornecie. Poznałem tam strażnika Warmiaka. Za gęś i pieniądze załatwił mi dokumenty, zmarłego francuskiego jeńca. Zdobył nawet nieśmiertelnik. Poczekaj chwilę. Zaraz przyniosę – po chwili wrócił. Ernest był podobny do twarzy na zdjęciu w dokumentach.

   - Znasz francuski. Po za tym wątpię czy rosyjscy żołnierze będą go znali. Chyba swoich sojuszników nie mordują?

   - Co powiedzą robotnicy przymusowi a szczególnie Maxl.

   - Wszyscy ciebie lubią i szanują, nie będą chcieli byś zginął. Porozmawiam z nimi jestem pewien, że będą Cię chronić.

   - Co później?

   - Pomyślimy jak szczęśliwie przetrwamy front.

Tego wieczora nic nie powiedział Annie, starał się ją rozweselać radosnymi melodiami. Następnego wieczora zaniepokojona Anna zapytała:

   - Erni, co się dzieje? Franc zadaje dziwne pytania na Twój temat robotnikom.

   - Przepraszam kochanie, że nie powiedziałem. Nie chciałem martwić – odjął ją serdecznie ramionami i spokojnie wyjaśnił sytuacje.

   - Erni wyjedz stąd. Gdy wojna się skończy nasza bursztynowa miłość nas odnajdzie.

   - Nie zostawię ciebie. Jeżeli moc tej miłości jest taka jak myślimy to tu w sercu Warmii bardziej nas ochroni. Jesteś moją żoną pozwól, że przekażę naszą rodzinną tajemnicę. – Zaprowadził ją przez uśpiony dom do gabinetu ojca. Pokazał zamaskowane wejście do tajnej piwniczki.

  - Tu są ukryte nasze rodzinne najwartościowsze przedmioty i dokumenty. Tu również znajduje się nasz akt ślubu.

  - Po co mi to pokazujesz?

  - Różnie może się zdarzyć.

  - Sama myśl o tym, że mogłaby być sama, bez ciebie, przeraża.

Cdn.

Edward.Bernatowicz@wp.pl

 

15:47, edward.bernatowicz , BURSZTYNOWA MIŁOŚĆ
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 grudnia 2006
Bursztynowa Miłość XXXVI

...

   - Panie Erneście Szulc, mam pismo od pana żandarma Knuta – z tajemniczym uśmiechem powiedział Hans Szmit. Śmierdziel często wykorzystywał, jako posłańców, chłopców z hitlerjungen.

„Wzywa się Obywatel Ernest Szulc do stawienia się w dniu 13 stycznia 1945 roku o godzinie 9.00 na posterunku żandarmerii w Mingajnach, celem złożenia wyjaśnień dotyczących przestrzeganie ustawy o obywatelstwie III Rzeszy ...”

   Przeraził się. Nie bał się o siebie. Bał się o Annę. Bał się, że ją utraci. Zadawał sobie pytanie. Co Śmierdziel wie o ich małżeństwie? Co mu doniesiono? Postanowił nie informować Anny o wezwaniu. Niech te dwa, dodatkowe, dni będzie szczęśliwa.

W wyznaczonym terminie zgłosił się do biura. Śmierdziel siedział za biurkiem, przed nim leżała otwarta teczka z dokumentami.

   - Siadaj! – Powiedział władczym głosem wskazując na zwykłe krzesło stojące przed biurkiem.

   - Co ciebie łączy z tą polską warszawską bandytką Anną Boniecką?

   - Panie Knut nie rozumiem pytania. Ta Boniecka powiedział, specjalnie z trudem wymawiając polskie nazwisko – jak pozostałe pracownice i pracownicy przymusowi, dzięki wspaniałomyślności furhera, pracuje dla dobra III Rzeszy i tak ją traktujemy.

   - Wiesz dobrze, że nie o to chodzi. Mam tu informacje, że twój stosunek do pracowników przymusowych jest nie zgodny z naszym prawem a do tej Bonieeckiej jest szczególny - mówił żandarm przekładając kartki w teczce leżącej na biurku. – Niektórzy twierdzą, że zachowujecie się jak małżonkowie.

   - To kłamstwo! – z udawanym oburzeniem zawołał Ernest. – Kto i na jakiej podstawie tak powiedział?

   - Wieczorami słychać z Twego pokoju dźwięki fortepianu i wcale nie są to nasze patriotyczne utwory. – Spojrzał na trzymaną w ręku kartkę. – My wiemy wszystko. Na przykład cztery dni temu ściskaliście się i całowali wieczorem w pokoju.

   To na pewno ten donosiciel Hans podglądał z sadu – pomyślał. – Trzeba na przyszłość zasłaniać okno.

   - To nieprawda! – Zaprzeczył. - Ktoś zobaczył przez okno cienie w moim pokoju i pomyślał, że to ja i ta Polka. To na pewno był jeniec Maxl i ta Francuska Żaneta. Do ich obowiązków należy wieczorne palenie w piecach i kominku. Już ja z nimi pogadam!

   - Jak wyjaśnisz, że ta kobieta miała długi warkocz?

   - To mnie pan posterunkowy zaskoczył. Nie spodziewałem się, że ten Maxl to taki kogut na kobiety. Dobrał się nawet do tej Polki. Już ja mu dam do wiwatu. Nie będzie w moim pokoju bawił się w zaloty. Niech to robi w stodole na sianie – udawał, że bagatelizuje informację Knuta.

      - Szulc, nie mówisz prawdy, wasza cała rodzina od dawna przejawiała niechęć do naszego furhera i faszyzmu – spojrzał na przekładaną kartkę. – Twój ojciec już w trzydziestym ósmy roku, powiedział przed kościołem, że „faszyści doprowadzą do zagłady Warmię, bo prowadzą wojnę z Bogiem”, a tak przy okazji. Gdzie są obecnie Twoi rodzice?

   - Pojechali na Święta do siostry ojca w Gdańsku.

   - Dziś jest trzynastego stycznia i jeszcze nie wrócili?

   - Ojciec przysłał list, że nie mogą wrócić, bo został wcielony do Volkssturmu w porcie Gdańskim.

   - Czy ty nie kłamiesz?

   - Wiedziałem, że pan zapyta o to i przeniosłem przesłane przez ojca zaświadczenie – wyjął je i podał.

   - Mam tu więcej informacji na temat waszej nielojalności do III Rzeszy. Postanowiłem w poniedziałek, przekazać je na Gestapo – zaterkotał, stojący na biurku, telefon, przerywając rozmowę. Śmierdziel podniósł słuchawkę.

   - Melduje się posterunkowy Wilhelm Knut!

   - ...

   - Tak jest panie naczelniku! – Knut stanął prawie na baczność. Powtarzał do słuchawki zdyscyplinowanie.

   - Tak jest. Tak jest.

Twarz jego zbladła i wyrażała przerażenie. Erniemu udało się usłyszeć, co niektóre głośniejsze słowa ze słuchawki. Ofensywa, walki, obrona... Zrozumiał. Nastąpiło to, co było nie uniknione. Ruszyła rosyjska ofensywa. Był na tyle inteligentnym człowiekiem by nie wierzyć gebelsowskiej propagandzie o umocnieniach nie do zdobycia w Prusach Wschodnich. Warmia i Mazury pierwsze zapłacą za tą wojnę.

   - Jedną chwilę panie naczelniku – Śmierdziel widząc, że Ernest próbuje usłyszeć głos ze słuchawki. Przykrył ręką słuchawkę i rozkazał. – Wyjdź na korytarz i zaczekaj!.

Po pół godziny został wezwany.

  -Teraz nasze władze mają ważniejsze sprawy niż nieprawomyślność twoja i twojej rodziny. Jak uporamy się z tą barbarzyńską stalinowską hordą wrócimy do tego – powiedział. Poskładał notatki do teczki, zamknął ją w szafie i dodał.

   - Jesteś na razie wolny.

   Ernest wrócił do domu z mieszanymi uczuciami, z jednej strony odłożenie sprawy przez Śmierdziela było dla nich korzystne z drugiej strony świadomość tego, co mogą przynieść najbliższe dnie napawało lekiem głównie o Annę. Postanowi nie informować jej jeszcze o tym wszystkim. Niech się cieszy bursztynową miłością. Był pewien, że tak piękna miłość ochroni ich i pozwoli przetrwać. Wezwał Franca i opowiedział o tym, co zaszło na posterunku.

c.d.n

08:00, edward.bernatowicz , BURSZTYNOWA MIŁOŚĆ
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 grudnia 2006
Bursztynowa Miłość XXXV

...

    - Sylwek przynieś z domu swetry. Na siedzenie w koszulach jest za chłodno – polecił Wincenty.

    – Panie Stanisławie zaraz nalewka się skończy a końca, pańskiej „Bursztynowej Miłości” nie widać – dokończył Wincenty z życzliwym uśmiechem.

    - Przyrzekłem. Dotrzymam słowa. O wschodzie słońca zakończę. W czasie mojej pracy przymusowej w tym domu, przeklinałem letnie wschody. Musieliśmy wstawać do pracy. Marzyliśmy z Michałem by po wojnie wstać bez przymusu o świcie i w błogim lenistwie powitać warmińskie słońce. Jeżeli pan pozwoli chciałbym to dzisiaj przeżyć.

    - Wracamy do naszych zakochanych.

 

    - Kochany Erni, dawniej sonaty Chopina i Beethovena, kojarzył mi się z przypisanymi im, przez poetów, melodiami wierzb mazowieckich i śpiewem jeziora Badeńskiego – powiedziała Anna w czasie wieczornego grania.

    - Aniu trzeba być zakochanym by odkryć prawdziwe piękno tych melodii.

    - Poeci wulgaryzują, próbując słownie opisać melodię przyrody i muzykę Chopina i Beethovena.

    - Tak. To nie słowo było pierwsze. Pierwsza była melodia.

    - Melodie uniosły słowa ku niebu.

   - Słowa mogą być fałszywe. Melodię, można, co najwyżej sfałszować.

    - Posłuchaj.

Popłynęły dźwięki Serenady Księżycowej. Melodia powoli i konsekwentnie porządkowała rozdygotane serca by na wyciszoną osnowę nałożyć bukieciki nut, nie skonkretyzowanych obrazów przyjemnej melancholii i lęków przed utratą tych chwil.

    - Pozwól. Teraz ja.

Odpowiedzią była z sonata Chopina, skaczące, wirujące, dźwięcznie nutki, unoszące malowanki miłosnej radości.

Te dwa tygodnie, tajnego małżeństwa, wynagrodziły im wszystkie nieszczęścia, jakich doznali w czasie wojny. Wydawało się, że losy wojny zostały zawieszone specjalnie dla nich by mogli cieszyć się sobą.

c.d.n.

 

08:06, edward.bernatowicz , BURSZTYNOWA MIŁOŚĆ
Link Dodaj komentarz »
sobota, 09 grudnia 2006
Bursztynowa Miłość XXXIV

...

   - Garson! – Zawołał Franc, wskazując za okna. Wybuchli śmiechem. Między drzewami, zasypanego śniegiem sadu, uciekał, potykając się i padając na twarz, Hans Szmit. Gaston tłukąc skrzydłami i dziobem, starał się go dosięgnąć, nie dając się złapać. Za nimi gonił z ujadaniem, podskakując w zaspach, przyjaciel bociana, mały podwórzowy kundel. Od pierwszego spotkania z Hansem, Gaston nie lubił ludzi w mundurach. Próbował podszczypywać nawet Knuta, gdy ten zjawiał się w majątku. Hansa nie cierpiał i poznawał nawet w zimowym ubraniu. Po przegonieniu intruza, nie przyzwyczajony do zimnego śniegu, skrył się w ciepłej oborze.

   - Z tego Hasnsowego szpiegowania, mogą być kłopoty – powiedział Maxl, do siedzącej obok Żanety.

Następne dwa tygodnie toczyły się normalnym zimowym rytmem. Tylko wzmożony ruch wojska na pobliskiej szosie przypominał o rzeczywistości. Ukrywane miodowe tygodnie nowożeńców, bursztynowej miłości, nie mogły być nie zauważone przez pracowników i sąsiadów. Nieświadomi rzeczywistych uczuć Ernesta i Anny, obserwatorzy spojrzeń i incydentalnych zachowań, wyciągali fałszywe wnioski. Mówiono o tym również w gospodarstwie Fichtnerów

   - Michał wiem, że spotykasz się po kryjomu z pracownicą od Szulców. Ludzie mówią, że Ernest sypia z polską robotnicą – powiedziała Helga przy śniadaniu do Michała i Stanisława.

   – Zapytaj czy to prawda.

Helga miała żal do Erniego, ze zerwał z nią po powrocie, że szpitala. Miała jeszcze nadzieję, że powróci do niej. Pogłoski o rozpustnym zachowaniu traktowała jako kawalerski wybryk.

   - Jeżeli to prawda, to ta Polka musi być bezwstydna, że się pcha do jego łóżka. Jak się Knut dowie to dostanie za swoje – dodała.

   - Dobrze. Wypytam Bronkę – odpowiedział i pomyślał. – Nawet gdybym wiedział na pewno byś się nie dowiedziała.

   - Michał czy to prawda? – Zapytał Stanisław, gdy karmili krowy w oborze.

  - Zauważyłem w czasie wigilii, ich dziwne zachowanie. Wypytywałem o to Bronkę. Zbyła moje pytania.

  - Jeżeli to prawda, to ta Anna jest obłudną dziwką. Nie wiadomo, co robiła w Warszawie. Takim Polkom, które właziły do łóżek Niemcom, ruch oporu golił głowy.

 

   Pan Stanisław przerwał na chwilę wątek bursztynowej miłości i smutno zamyślił się.

   - Panie Wincenty, do dziś żałuję tych słów po tym, co się później stało i gdy dowiedziałem się o szczegółach tej miłości.

   - Tak. Często krzywdzimy ludzi wydając nieprawdziwe sądy na podstawie fałszywych wniosków i później przez lata żałujemy.

 

  Na potwierdzenia prawdy ostatniego zdania, po warmińskim niebie, przeleciała spadająca gwiazda. Było dobrze po północy w okolicznych dolinkach zaczęła osiadać mgła. Zmęczone późno-wieczornym rechotem żaby usnęły, puchacz ucichł a komary przestały dokuczać. Są takie chwile w warmińskie parne lato, tuż przed wschodem słońca, nim ptasi jazgot i gwar, zapełni przestrzeń, gdy cichną wszystkie dźwięki nocy. Warmiak wrośnięty i wyrośnięty w tą i z tej przyrody, potrafi w takich chwilach, rozpoznać gatunek drzewa, po szmerze szelestu liści, kołyszących się nieśmiało na szypułkach, w szumie cichego poświstywania przedświtowego wietrzyku, a gdy i on zastygnie, może usłyszeć, dźwięczne przekształcanie się perełek mgły w krystaliczne krople porannej rosy.

c.d.n.

07:33, edward.bernatowicz , BURSZTYNOWA MIŁOŚĆ
Link Dodaj komentarz »
piątek, 08 grudnia 2006
Bursztynowa miłość XXXIII

    Trzykilometrowy odcinek drogi powrotnej, z kościoła do majątku, wydłużał się w czasie. Franc specjalnie nie poganiał koni. Siedział na koźle z Bronką, pozwalając nacieszyć się młodym krótkimi chwilami szczęścia. Jechali bocznymi, polnymi drogami. Zaśnieżone pagórki i zagajniki wzmacniały światło księżyca i gwiazd. Przejeżdżali galerią, starych przydrożnych, drzew, trzymających w swych bezlistnych konarach, zielone pęki jemioły. Przytuleni i opatuleni czuli obecność bursztynowej miłości. W dawnych młodzieńczych marzeniach nie tak wyobrażali miłość i ślub. Jednak, tych obecnych chwil, nie zamieniłby na żadne inne. Nie bali się tego, co przyniesie czas.

 

   Na świąteczny obiad w salonie poproszono wszystkich zatrudnionych w majątku. Honorowym gościem był proboszcz, niby przypadkiem poprosił Annę by usiadła po jego lewej stronie a Ernest jako gospodarz zajął miejsce z prawej. Nieświadomi nocnego wydarzenia, mieszkańcy majątku sądzili, że powodem zaszczytu był je piękny wzruszający śpiew na pasterce.

Główną potrawą zgodnie z warmińską tradycją były pieczona gęsi z ziemniakami nafaszerowana, jabłkami, suszonymi owocami i laskowymi orzechami oraz pieczone kuropatwy. Ciasta drożdżowego z bakaliami, pierniki i lukrowe ciasteczka stały na stole. Największe zainteresowanie wzbudzał olbrzymi tort.

Przy końcowej dekoracji Żaneta zdenerwowała się:

    - Co ty zrobiłaś? Przecież to nie jest tort weselny – zganiła Bronkę, za zrobienie dwóch kremowych, zazębiających się kół, niczym obrączek. Nie było czasu na poprawki. Tort powędrował na stół.

   Proboszcz złożył świąteczne życzenia. Prócz czterech wtajemniczonych osób, pozostałym, mowa księdza wydała się trochę dziwna. Mówił o miłości, wierności, nadziei. Pasowały bardziej na życzenia weselne niż na bożonarodzeniowe. Nie zwrócono uwagi na spojrzenia wymieniane miedzy Anną a Ernestem. Co pewien czas Anna dotykała dłoni ukrytego pod suknią bursztynowego krzyżyka, obok którego ukrywała przed ludzkim wzrokiem ślubną obrączkę i zaręczynowy pierścionek. Przed Ernestem, na stole, leżało srebrne tajemnicze pudełko, dotykał je przy dyskretnych spojrzeniach na Annę.

c.d.n

10:37, edward.bernatowicz , BURSZTYNOWA MIŁOŚĆ
Link Dodaj komentarz »
środa, 06 grudnia 2006
Bursztynowa miłość XXXII

     Ksiądz polecił Francowi zamknąć drzwi kościoła na klucz. W pustym kościele z wygaszonymi światłami głównymi, paliła się tylko wieczna lampka przy tabernakulum i dwie świece. Proboszcz otworzył szeroko drzwi od zakrystii. Światło padające przez nie, tworzyło na przeciwległej ścianie prezbiterium, olbrzymie cienie młodych i księdza, przydając niesamowitości. Anna zrozumiała, dlaczego Ernest nalegał, by włożyła do kościoła suknię, którą jej podarował. Nałożony na nią stary długi płaszcz maskował ją, wyglądała jak większość robotnic. Teraz zdjęła go. Nieczuła, w czasie obrzędu, chłodu kościoła. Pan młody był ubrany jak w dniu zaręczyn. Byli piękni i szczęśliwi. Drewniani święci z ołtarza znieruchomieli jeszcze bardziej ze zdziwienia. Nawet ich świętość nie mogła zrozumieć.

    Dlaczego milczą organy?

    Dlaczego kościół jest pusty i ciemny?

    Dlaczego taka piękna miłość musi kryć się przed ludźmi?

   Ślub trwał kilkanaście minut. Franc i Bronka ocierali łzy. Opuszczając kościół Erni zaprosił proboszcza na świąteczny obiad. Zaproszenie zostało przyjęte. Ustalono, o której Franc ma przyjechać po księdza.

W chwili wsiadania do sań z ciemności nocy wyłonił się Knut.

   - Zostaliście ukarani? – Zapytał.

   - Już proboszcz postarał się, byśmy zapamiętali ten dzień na całe życie – powiedział Erni i dodał. – Dlatego tak długo to trwało.

   Szpiegowski umysł żandarma czuł w tym głosie jakąś nieprawdę, nie wyglądali na ukaranych. Nie mógł znałeś dowodów, był przekonany, że Ernest Szulc nie przestrzega prawa wodza Hitlera. Jego młody donosiciel Hans z Miłkowa, musi bardzie się postarać o informację o tym, co się dzieje w majątku Szulców.

c.d.n.

08:25, edward.bernatowicz , BURSZTYNOWA MIŁOŚĆ
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 grudnia 2006
Bursztynowa miłość XXXI
 

    - Co o tym sądzi? Czy się zgadzasz? – Zwrócił się, z tym pytaniem do Anny.

   - Dlaczego ja? Niech ksiądz zapyta przyszłej panny młodej? – Odpowiedziała prawie z płaczem.

   - Anno nie rozumiesz, to ty masz być tą panną młodą – widząc przerażenie Anny, włączy się do rozmowy Erni. Ta chwila nieporozumienia uświadomiła jej jak bardzo go kocha. Bez niego życie traci sens.

   - Tak! Będę szczęśliwa, gdy również przed Bogiem będziemy małżeństwem – odpowiedziała uszczęśliwiona.

   - Przed Bogiem, lecz nie przed ludźmi. Ślub, którego udzielę za chwilę ma pozostać tajemnicą dopóki nie zmienią się czasy. Wiem od Ernesta, że Twoja koleżanka – tu zwrócił się do Bronki, nie rozumiejącej dokładnie, co się dzieje – dochowa tajemnicy i zgodzi się razem z Francem, być świadkiem.

  Anna przetłumaczyła Bronce, o czym mówiono. Słuchała ze zdziwieniem.

   - Czy będziesz świadkiem na mym ślubie? – Zapytała.

   -         Oczywiście. Tak!

c.d.n.

 

09:15, edward.bernatowicz , BURSZTYNOWA MIŁOŚĆ
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 grudnia 2006
Bursztynowa miłość XXX

    Ta polska bandytka śmie śpiewać polskie kolędy w niemieckim kościele! – Pomyślał. Już zamierzał przejść do tyłu by ją uciszyć. Karcące spojrzenie współziomków zatrzymały go w ławce. Po pasterce podszedł do Erniego.

    - Panie Szulc, tak być nie może. Tą bezczelną Polkę należy ukarać a i panu należy się reprymenda.

    - Panie Knut, nie będzie pana tym trudził się przy takim święcie. Ja się zajmę nimi – powiedział proboszcz, który w tym momencie podszedł do ich.

    - Dobrze niech tak będzie – zgodził się. Nie był z tego zadowolony. Bo coś mu tu z tą Polką i młodym Szulcem nie pasowało. Nie chciał się jednak narażać proboszczowi.

    - Proszę do zakrystii - powiedział duchowny do Erniego, Anny, Bronki i Franca

    - Kilka dni temu zwrócił się do mnie Ernest z prośbą – rozpoczął ksiądz, gdy byli w zakrystii. - Bym udzielił mu ślubu.

Anna znieruchomiała z przerażenia i bólu. Była przekonana, że on czuje to samo do niej, co ona do niego. Kilka dni temu pytał ją kłamliwie czy zostanie jego żoną. Okazuje się, że zamierza z kimś się żenić. Czy te okrutne słowa musi ksiądz wypowiadać przy niej, przecież spowiadała się u niego z grzechów tej miłości? Niech zadecydują, jaką karę ma ponieść za polskie śpiewy i pozwolą wrócić do domu.

07:06, edward.bernatowicz , BURSZTYNOWA MIŁOŚĆ
Link Dodaj komentarz »
środa, 29 listopada 2006
Bursztynowa miłość XXIX

    Po wigilii Franc i Maxl przygotowali dwa zaprzęgi sań.

    - Anna i Bronka pojadą ze mną i Francem – polecił Erni zajmując miejsce w eleganckich saniach wykonanych na wzór bryczki. Pozostali ulokowali się w dużych gospodarczych. Oprócz Bronki i Franca, pozostali nie byli świadomi bursztynowej miłości jednak wyczuwali, że Annę i Ernesta coś łączy.

Grające dzwonki janczarów, w mroźno kryształowym i czystym zimową świeżością powietrzu, płoszyły żerujące na polach sarny i zające. Kościół w Mingajnach był pełen. Pracownicy przymusowi z okolicznych gospodarstw, w głównej mierze Polacy, stali pod chórem. Na taki udział w pasterce pozwolił Knut. Siedział w pierwszej ławce sprawdzając czy ludzi nie łamią hitlerowskich praw. Odkąd organistę wcielono do wojsk zastępował go Erni. Na tych organach organista odkrył, w dzieciństwie, jego muzyczne zdolności. Często po lekcjach w pobliskiej szkole przybiegał, by pograć w pustym kościele.

    Msza odprawiana po łacinie jak na całym świecie. Płakały polskie dusze. Mokre były polskie oczy. Pasterka bez polskich kolęd?

    - Stille Nacht, heilige Nacht...- Zaintonował Erni. Pękły więzy i nakazy i spod chóru popłynęły różnojęzyczne teksty tej kolędy. Po chwili dominowały dwa głosy, Erniego zwrotka po niemiecku i powtórzona, Anny po polsku. Pozostali uczestnicy mszy ściszyli swe głosy tworząc tło dla piękna tego duetu. Klarowne powietrze, nie ogrzanego kościoła, potęgował barwę i czystość głosów. Rzeźbione madonny w tryptyku ołtarza głównego sprawiały wrażenie ożywionych i zasłuchanych. Ku niebu płynęły słowa nadziei, rozszarpując do bólu ludzkie sumienia:

 

Cicha noc, święta noc!
Pokój niesie ludziom wszem,
a u żłóbka Matka Święta
czuwa sama uśmiechnięta
nad Dzieciątka snem.

Cicha noc, święta noc!
Narodzony Boży Syn!
Pan wielkiego majestatu
niesie dziś całemu światu
odpuszczenie win.

    Od czasu zbudowania pierwszej świątyni i gdy do niej przybyli wierni, by rozmawiać z Bogiem, przybywali również i tacy, którzy kontrolowali i szpiegowali Boga i ludzi, czynili to jawnie lub tajnie. Do takich należał żandarm Knut. Słysząc polskie słowa kolędy zaczął się oglądać do tyłu.

18:00, edward.bernatowicz , BURSZTYNOWA MIŁOŚĆ
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 listopada 2006
Bursztynowa miłość XXVIII

    O godziny siedemnastej, w wieczór wigilijny, zgodnie odwieczną tradycją rodziny Szulców, rozległy się bożonarodzeniowe dzwonki ogłaszające, że dzieciątko Jezus przyniosło prezenty. W salonie przy choince z zapalonymi świeczkami, zebrali się wszyscy. Pod choinką leżały prezenty. Ernest wręczał je osobiście. Maxl otrzymał mało używany garnitur i koszulę, jego belgijski mundur był już dobrze podniszczony. Żaneta, Bronka i Anna otrzymały sukienki i buty. Pozostali domownicy zostali również obdarowani. Erni całe przedpołudnie spędził przeglądając przepastne szafy rodziców by wybrać odpowiednie suknie i garnitury. Suknia Anny była najpiękniejsza. Była to ta, która otrzymała w dniu zaręczyn. Teraz już mogła ją nosić oficjalnie.

    - Nasza rodzinna tradycja nakazuje by rozpocząć teraz kolację wigilijną. Lecz dzisiaj zrobimy odstępstwo zaczniemy za godzinę by wszyscy mogli się przebrać – poprosił Erni.

Ten wybieg miały na celu by jego ukochana Anna zajaśniała całym swym pięknem bez wzbudzania podejrzeń.

    Po godzinie zasiedli do wigilijnego stołu. Matka Boska zaproszona francuskim zwyczajem, płonącym świecznikiem wystawionym w oknie przez Żanetę, opuściła swe sanktuarium w Krośnie koło Ornety, by zajrzeć przez okno. Ujrzała stół zastawiony potrawami, których na warmińskiej ziemi nie widziała. Była tam belgijska bouguettes przygotowana według instrukcji Maxl. Trzynaście chlebów według tradycji francuskiej, upieczonych przez Żanetę. Potrawy z ryb, przygotowane przez Bronkę i Annę. Oraz tradycyjne potrawy warmińskie: ciasta i stollem przypominający swym kształtem zawinięty becik z dzieciątkiem, sałatka kartoflana z kiełbaskami. Było również łamanie się opłatkiem przyniesionym przez Michała i Stanisława. Ucieszyła się Matka Boska widząc, że to za przyczyną jej maleństwa, w tym okrutnym czasie, zagościła wśród mieszkańców tego faworku nadzieja. Z jednakową radością słuchała kolęd śpiewanych po niemiecku, polsku, francusku i flamandzku. Widziała jak promieniuje od Anny i Ernesta bursztynowa miłość a ci, co znaleźli się w jej pobliżu, pomimo tęsknoty do swych rodzin, nie czuli wojennej nienawiści. Zdecydowała nie wracać, pod postacią, swej cudownej figurki, do przybytku nad rzeką, dopóki takie wigilie nie staną się normalnością a uczestnikami będą wolni mieszkańcy tych ziem niezależnie od swoich narodowych korzeni.

c.d.n.

08:04, edward.bernatowicz , BURSZTYNOWA MIŁOŚĆ
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 listopada 2006
Bursztynowa miłość XXVII

     Każda władza totalitarna dąży do całkowitego uzależnienia od swojej woli i nakazów, codzienne życie społeczeństwa, pozbawiając jednostki godności i wolności. W swej konsekwencji doprowadza do niemożliwości zaspokojenia elementarnych potrzeb. Wtedy wprowadza się kartkowy system dystrybucji dóbr. Warmińska wieś. Jaka cała Rzesza i podbite narody, zarządzana była tym systemem, oczywiście wielkość przydziałów był różny od głodowych dla podbitych narodów do całkiem przyzwoitych dla obywateli Rzeszy. Gospodarstwo Szulców było kontrolowane przez urzędników, rejestrujących, ilość inwentarza i wielkość plonów. Na potrzeby mieszkańców folwarku określane były limity. Jedynie warmińskie dzikie ptaki i ryby w jeziorkach i rzekach nie dawały się policzyć. Mieszkańcy majątku zwiększali nielegalnie przydziały ukrywając przed urzędnikami pojedyncze sztuki świń i drobiu lub polując.

    Maxl był specjalistą w kłusowaniu na dzikie ptactwo i zające. Gruba warstwa śniegu pokrywała warmińską ziemię. Ostre słońce w dzień powodowało lekkie topnienie górnej warstwy. Mroźne noce tworzyły twardą skorupkę przykrywającą puszystą śnieżność. Wieczorem Maxl zrobił butelką w takim śniegu otwory i rozsypał ziarna żyta. O świcie z pułapek powyjmował, żerujące, nocą nieostrożne kuropatwy.

    Franc wyciągnął z ukrycia żak na ryby, zastawił go na rzece w trudno dostępnym miejscu. Na drugi dzień wyciągnął z niego cztery pokaże szczupaki i dużego suma.

c.d.n.

09:04, edward.bernatowicz , BURSZTYNOWA MIŁOŚĆ
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 listopada 2006
Bursztynowa miłość XXVI

    Przyzwolenie, raczej propozycja, na wspólną wigilię i możliwość przygotowania, tradycyjnych narodowych potraw ożywiła szczególnie pracowników przymusowych. Pomimo, że ich pobyt na tym folwarku był wynikiem przemocy, szanowali rodzinę Szulców a szczególnie Ernesta. Widzieli jak byli traktowani ich rodacy w innych gospodarstwach. Udział w przygotowaniach wigilijnych pozwalał im złagodzić tęsknotę za rodzinami i bliskimi. Z dużej kuchni roznosiły się świąteczne zapachy przygotowywanych potraw.

    W starej części domu, jak w każdym warmińskim wiekowym domu, znajdowało się pomieszczenie zwane kominem. Była to budowla, której kształt wnętrza przypominał ostrosłup o podstawie czworokąta o trzymetrowych bokach przy podstawie, zwężał się on ku górze i kończył się na dachu otworem kominowym. Wewnątrz, na różnych wysokościach zbiegały się wyloty kominowe z całej starej części domu. Dawniej, gdy przodkowie Szulców gospodarzyli na małym gospodarstwie w pomieszczeniu tym gotowano karmę dla świń. Do tego celu służył duży metalowy kocioł wbudowany w panisko. Znajdował się tam również tradycyjny piec do pieczenia chleba, ciast i mięs. Zbudowany ze starych cegieł z warmińskiej gliny i wykończony wewnątrz specjalnym gatunkiem gliny z pobliskich pól. Po znacznym powiększeniu gospodarstwa i rozbudowaniu domu, przygotowanie karmy dla inwentarza odbywało się w specjalnych pomieszczeniach przy oborze i chlewni. Pieczenie w takim piecu wymagało szczególnej umiejętności. Należało drewnem liściastym napalić wewnątrz do odpowiedniej temperatury, następnie wygarnąć resztki węgla i popiół. Teraz do gorącej paszczy wkładano brytfanny z chlebem, ciastami lub mięsami. Każda gospodyni wiedziała, jakiego drewna należy użyć i ile czasu należy piec. Po wyjęciu pieczystych do ciepłego jeszcze pieca wędrowały rozłożone na blachach do pieczenia, grzyby z warmińskich lasów, śliwki i pokrajane na kawałki jabłka i gruszki. Podsuszone w ten sposób wisiały później w lnianych woreczkach w przewiewnej spiżarni.

    Po rozbudowie domu w wielkiej kuchni znajdował się, wbudowany przy płycie kuchennej, piekarnik o ścianach metalowych ogrzewanych, paleniskiem zewnętrznym, to nowoczesne urządzenie ułatwiało pieczenie, lecz upieczone tak potrawy nie posiadały tego smaku i aromatu, co w starym piecu. Pieczono tam mięsa i ciasta. Piec w kominie służył do pieczenia chleba. Dwie osoby na folwarku znały jego tajemnicę Gertruda, pod której nadzorem Żaneta przygotowała w dębowej dzieży ciasto chlebowe a Franc palił w piecu. Oprócz gospodyni tajemnicę obsługi pieca znała wdowa Krancowa.

c.d.n.

17:03, edward.bernatowicz , BURSZTYNOWA MIŁOŚĆ
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2