|
Archiwum
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
MOJE BLOGI
|
poniedziałek, 08 marca 2010
Napój brzozowy
Przedwiośnie . Drzewa napęczniałe sokami. Za dzień za dwa za przyczyną słońca eksplodują zielenią łapczywie pijąc życiodajny sok. Jest to pora i czas by i człowiek skorzystał z tego naturalnego bogactwa. Wincenty dokonał przeglądu brzozowego zagajnika. Te trzy stare brzozy dożyły swego przeznaczenia, zostaną ścięte, porąbane i ułożone przy ścianie domu obok przygotowanych zimową porą olchowych polan z podmokłego torfowiska, wysuszone słońcem i wiatrem, będą wykorzystane w kuchennym piecu. - Sylwek, daj świder i zrób jesionową tutkę! – Zwrócił się do syna. Wywiercił w pniach drzew otwory. Sylwek w tym czas przygotował z jesionowej gałązki korową rurkę. O tej porze roku przepełnione wodą gałęzie jesionu był najlepszy surowcem do robienia gwizdków i fujarek. Wśród gospodarczych zabudowań, dźwięki jesionowych instrumentów uzupełniały świergotliwy jazgot ptasiego drobiazgu i klekot bociani. Technologia produkcji takiego instrumentu była prosta, znał ją każdy chłopiec. Na równym kawałku gałęzi o średnicy fujarki lub gwizdka wycinano w korze odpowiednie otwory i nacinano od pozostałej części kija. Trzonkiem noża lekko obstukiwano korę by odstała od rdzenia. Jedną dłonią przytrzymywało się fujarkową część drugą – obrót i w ręku pozostawała jesionowa rurka. Był to instrument krótkotrwały i gdy gałęzie twardniały jesionowe granie milkło. Sylwek tą metodą zrobił dziesięciocentymetrową „tutkę” i wcisnął koniec w wywiercony otwór brzozy. - Dobrze! Teraz postaw pod tutką ten dzbanek! – Polecił Wincenty. Tak zrobiono z innymi brzozami, przy czym w pniach, które nie miały być spiłowane otwory nawiercono mniejsze by drzewo nie uschło. Teraz zgodnie odwiecznymi prawami natury korzenie drzew, będą, przez kilkanaście dni pompować do pnia drzewa wodę uszlachetnioną potrzebnymi składnikami do ich wiosennego życia. Nieszczęściem czy też przeznaczeniem brzóz jest to, ze człowiek również zasmakował w tym napoju. Co kilka dni Wincenty opróżnia naczynia z sokiem brzozowym i wlewa do przygotowanej beczki. Po kilkunastu dniach beczka pełna. Teraz na brzozowy sok wsypywany jest czysty pachnący warmińskim lasem i słońcem owies. Pływa on grubą warstwą na całej powierzchni. W ciemnej chłodnej piwnicy, natura uszlachetnia napój. Nasiona zasilone takim mineralnym płynem kiełkują tworząc na powierzchni soku gruby izolacyjny kożuch. Po kilku miesiącach, gdy przyjdzie lipcowy warmiński skwar wystarczy tylko, w zrośniętej owsianej skorupie, wyciąć otwór by ugasić pragnienie napojem, którego ożywczego smaku nic nie jest w stanie zastąpić. - Sylwek nie wyrąbałeś w pniach dołków. – Zwrócił uwagę Wincenty, gdy spiłowane trzy brzozy i załadowali na wóz. - Już to, robie. Sylwek w równo spiłowanych pniach wyrąbał wgłębienia tworzące niby miseczki. Tak jak człowiek, któremu amputowano nogę czuje jej ból i ma wrażenie, że ona jeszcze jest, tak korzenie drzew przekonane, ze pień nadal potrzebuje soków sączą je do góry i trafiając na pustkę zamieniają je w brzozowe łzy spływające po kikucie pnia. Łzy trafiaj do wyrąbanych wgłębień by ludzie utrudzeni wiosenną pracą w polu mogli ugasić pragnienie.
poniedziałek, 14 stycznia 2008
wtorek, 27 listopada 2007
sobota, 07 kwietnia 2007
ŚWIĘTA WIELKANOCNE W MIŁKOWIE
Wiosenne i świąteczne przygotowania były nierozłączne. W wiejskich sklepach GS można było kupić bez problemów tylko wódkę „Czystą Czerwoną Kapslowaną” i wino „Patykiem Pisane”. Rodzice Sylwka jak i pozostali rolnicy w Mikowie, byli skromnie samowystarczalni. W słoneczne wiosenne przedświąteczne dni w ogrodach, sadach trwały prace porządkowe. Drzewa owocowe z podciętymi czuprynami, ubrane w białe wapienne komże, okadzane pachnącym dymem tlących się liści, ziół i gałązek, szykowały się do pokazania swych kwiatów. Był to okres świniobicia. Z domowych wędzarń unosił się zapach jałowca dodawanego do wędzonych szynek, polędwic i kiełbas. Ze szkół i uczelni zjechało się rodzeństwo na święta. Siostry pomagały matce w przygotowaniu i pieczeniu ciast mięs i chleba, w opalanym drewnem piecu, znajdującym się w każdym domu. Sylwek wraz z bratem, pomagali ojcu w obrządku gospodarczym i pracach porządkowych w obejściu. Jego obowiązkiem było również dostarczenie ziaren i gałązek jałowca z pobliskiego lasu. Miał upatrzone wcześniej krzaki, z których bez uszczerbku dla krzewu ułamywał drobne gałązki i zbierał ziarenka. Pod płotem ogrodu i sadu w znanych sobie miejscach wykopywał korzenie chrzanu. W dużej wiejskie kuchni słychać było dźwięki ucieranego maku, ubijanego masła w drewnianych masielnicach, tartego gryzącego w oczy chrzanu i ubijanych białek z jaj. Świeżość artykułów i zapachy pieczonych specjałów tworzyły jeden niezapomniany aromat nadchodzących świąt. Gdy ciasta nadziewane powidłami z owoców własnych sadów i dżemami z jagód okolicznych lasów oraz pieczone mięsa stały przykryte lnianym płótnem w chłodnej piwnicy i spiżarni, przygotowywano świąteczne jaja. Natura obdarowywała farbami do ich malowania. Odcienie czerwieni otrzymano gotując jaja razem z burakami. Zieleń – to zasługa młodego żyta. Brązy i żółcie otrzymywano z liści cebuli. Do malowania pisanek używano naturalnego wosku. Gospodyni traciła „honor” używając sztucznych farb. W wielkosobotnie przedpołudnie w największym pokoju ustawiono stoły przykryte białymi obrusami, na których gospodyni z całej wsi ustawiły w koszykach swoje potrawy do święcenia. Sylwkek bryczką przywiódł księdza, z odległego o trzy kilometry kościoła w Mingajnach, by dokonał obrzędu poświęcenia potraw i wody przygotowanej w ocynkowanym wiadrze studziennej. Każda porządna warmińska gospodyni, nie zależnie skąd przybyła na te ziemie, wiedział, że w domu muszą być dwie rzeczy woskowa gromnica i woda święcona. Więc napełniły przygotowane buteleczki tym życiodajnym płynem. Wieczorem po kolacji matka krzątającą się przy pycie kuchennej zapytała - Gdzie jest pozostała woda święcona? - A gdzie ona była? – odpowiedziała pytaniem na pytanie starsza siostra Tereska. - Tu obok wody do picia – przy kuchni zawsze stało wiadro z świeżą wodą do picia i gotowania. - Ugotowałam z niej herbatę. Nie wiedziałam, że to święcona – z przerażeniem powiedziała Tereska. Sylwek Wanda i Stasiu przerwali picie herbaty w oczekiwaniu na coś nadzwyczajnego. Tylko starszy brat student, któremu zetemesy poprzestawiały w głowie uśmiechnął się i powiedział. - Nic się nie stało. Wierzycie w jakieś zabobony. - Co? Zabobony! – Sylwek nie widział nigdy tak zdenerwowanego ojca.- Jeszcze raz usłyszę takie słowa to nie chcę Cię widzieć w tym domu. - Przepraszam ojcze, tak mi się wyrwało. – przeprosił Antek. - A Wam – ojciec zwrócił się do pozostałych - woda święcona pozwoli być lepszymi. W Wielką Niedzielę nie padało, więc skoro świt, udano się na rezurekcje. W kościele obowiązywały pewne zasady i zwyczaje: w nawach po prawej stronie zajmowała miejsce płeć męska w pierwszych ławkach chłopcy dalej ojcowie i mężowie a w końcowych ławka młodzieńcy i kawalerowie. W lewej nawie płeć żeńska w analogiczny sposób. Rodzice, których dzieci kształciły się w szkołach średnich i na uczelniach z dumą i wyższością wkraczali całą rodziną do kościoła. Była to ich największa satysfakcja za całoroczny trud uprawiania gliniastej i kapryśnej ziemi warmińskiej, by wykształcić swe dzieci. Te święta były szczególnie przyjemne, bowiem w tym samym dniu co i grekokatolika Mikołaja.. - Chrystus Zmartwychwstał – przywitał się Sylwek - Chrystos Woskres – odpowiedział Mikołaj Zajęli miejsce z tyłu wśród młodzieży męskiej, przecież mieli już po czternaście lat i w tym roku kończą podstawówkę. Wśród wiosennego klekotu bocianów, krzyku brodzący po rozlewiskach żurawi i czapli, oraz miłosnych śpiewów skowronków, chłopcy pospiesznie wracali do domów na śniadanie. Kuku, kuku ...- rozniosło się po raz pierwszy tej wiosny z nieodległego lasu. - Masz pieniądze dla kukułki? – zapytał Sylwek. Było rzeczą oczywistą, że należy mieć przy sobie drobne monety oczekując na ten moment. Posiadane pieniądze w czasie pierwszego wiosennego kukanie, były rękojmią, że przez cały rok będzie się je miało. - Tak! – odpowiedział Mikołaj i zapytał- Kukułeczko, kukułeczko ile lat będę żył? Z tą wróżbą nie wyszło. Tak Sylwek jak i Mikołaj pomylili się w liczeniu, po za tym niebyli pewni czy nieregularne odstępy w kukaniu należy liczyć jako jedno kukanie czy oddzielne. - Co z bocianem? Jak go widziałeś po raz pierwszy? - W locie. - Ja też. Teraz już byli pewni, w stu procentach, że w tym roku ukończą szkołę podstawową i zdadzą egzaminy wstępne do wybranych szkół średnich. Bociana można było po raz pierwszy ujrzeć albo siedzącego na gnieździe. Był to zły znak. Oznaczało to, że jest poważne zagrożenie „siedzeniem” na drugi rok w tej samej klasie. Gdy się ujrzało boćka w locie oznaczało to, ze się „przefrunie” do klasy następnej. Sylwka jeszcze czekało przekonać ojca by pozwolił mu zdawać do Szkoły Rybołówstwa Morskiego w Gdyni. Chłopcy prześcigali się, bo kto pierwszy będzie w domu w tym dniu cały rok będzie miał najszczęśliwszy. Rodzinne Wielkanocne śniadanie u Sylwka rozpoczynano od dzielenia się święconym jajkiem i wileńskiego tłuczenia czubkami, kolorowych pisanek, u Mikołaja dzieleniem się święconym jakiem. Po południu dorośli zasiadali, wraz z gościnnie przebywającymi krewnymi do „degustacji” własnej produkcji nalewek. Dzieciarnia z rówieśnikami z sąsiedztwa ganiała po wsi degustując wspaniałe ukraińskie ciasta-pierogi, mazowieckie mazurki i wileńskie kińdziuki i przegotowywała niespodzianki na jutrzejszy dyngus.
wtorek, 13 lutego 2007
Sylwek tego jeszcze niewiedział
- Wychodzimy, tak by nas nikt nie widział, bo będziemy mieli kłopoty – powiedział Sylwek, gdy zabrano ciało żołnierza. Na czworakach, zasłonięci przewróconym stołem, niewidoczni z głębi sali, wydostali się przez rozbite drzwi na zewnątrz. - Sylwek, co tam widziałeś, że tak zaniemówiłeś – dopytywał się Mikołaj. - Nie. Nic takiego – nie chciał niepokoić przyjaciół. - Chłopcy noga mi spuchła i nie mogę iść – powiedziała Ola. - Poczekaj. Zrobimy z rąk krzesełko i cię poniesiemy, przed wsią mamy ukryty w krzakach rower. Gdy Ola wygodnie usadowiła się i trzymała ich za szyję. Sylwek czuł, że tak mógłby ją nieść nawet do Ornety. Dotarli do roweru, próbowali, trzymając rower z dwóch stron, wieść ją na ramie. Nie udawało się. Wkrótce będzie świtało a oni muszą być w domu nim wstaną rodzice. - Poczekajcie chwilę, mam pomysł.- Powiedział Mikołaj oddalając się, wrócił po chwili prowadząc konia. - Skąd masz tego konia? - Pasł się w zagrodzie, więc go pożyczyłem. - Mikołaj będziemy mieli kłopoty. - Jakie kłopoty, zawieziemy Olę do Jesionowa i konia puścimy. Każdy warmiński koń samodzielnie wróci do swojej zagrody. Gdy dotarli do domu ciotki Oli zrobiło się widno. Puszczony wolno koń pognał w kierunku Lechowa. - Całe szczęście, że jest widno, bo bym nie przejechał obok przestrzelonego krzyża. – Powiedział Mikołaj, gdy dotarli do Sylwkowej stodoły. W obejściu panował spokój, rodzice jeszcze spali. - Mikołaj nie mów nikomu, że byliśmy na tej zabawie, bo będą naprawdę poważne kłopoty. - Nie powiem. Przyrzekam. – Zasnęli na sianie. Po godzinie mieli pobudkę. - Wstawać śpiochy! Co całe życie chcecie przespać? – Usłyszeli głos ojca Sylwka. Tego dnia listonosz przyniósł wiadomość, że w Lechowie na zabawie zginął żołnierz. Milicja i WSW jeżdzą po wsiach i przesłuchują świadków. - Widzisz synu dobrze, że nie pozwoliłem na tą zabawę, bo mogłoby to skończyć się dla ciebie tragicznie. – Powiedział do Sylwka. Druga wiadomość to list do Sylwka z PSRM powiadający, o terminie obozu i rejsu kandydackiego. Informowano go również, że ma jak najszybciej dosłać zaświadczenie lekarskie o stanie zdrowia. Ojciec po przeczytaniu zawiadomienia powiedział. - Jutro pojedziesz do Ornety do przechodni lekarskiej. Warmińska przyroda daje siłę i zdrowie swym mieszkańcom, więc i Sylwkowi nie poskąpiła tych darów. Lekarz po zbadaniu stwierdził. - Masz zdrowie jak koń i nadajesz się na marynarza. – Zaczął wypisywać zaświadczenie. - Gdzie mieszkasz? - Miłkowo poczta Lechowo. - To tam gdzie Ukraińcy zamordowali polskiego żołnierza? - To nie prawda, to nie Ukraińcy! - Odruchowo zaprotestował Sylwek. - A co ty o tym możesz wiedzieć. – Ofuknął go lekarz. - Nie. Nic. Tak tylko powiedziałem – potulnie odpowiedział. Jeszcze nie wiedział, jaki jest cel takich nieprawdziwych informacji krążących nieoficjalnie. Jeszcze nie wiedział, że internacjonalizm o zadekretowanej przyjaźni międzynarodowej, przysłany z Moskwy, nie miał za zadanie wyjaśnienia krzywd i tworzenia normalnych relacji między poszczególnymi narodami, lecz miał podsycać nienawiść i wrogość, bo takie społeczeństwo łatwo pozbawić godności i nie pozwolić na wolność. Jeszcze nie wiedział, że żołnierze mieszkający na południu odbywali służbę na północy, a z północy na południu, dlatego by przypadkiem w roku siedemdziesiątym i osiemdziesiątym nie spotkali pod bramami stoczni swoich kolegów albo krewnych. Sylwek tego wszystkiego jeszcze nie wiedział.
poniedziałek, 12 lutego 2007
LWP z ludem pracującym miast i wsi
- Mam nadzieje, że kapral Zenek, o ile jest pod świetlicą, nas nie pozna. – Jednak złudna była nadzieja chłopców. Kapral z pozostałymi czekał na sygnał trójki kolegów z wewnątrz sali. Zabawa trwała. Uczestnicy nie świadomi spisku, żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego, oddawali się tanecznym przyjemnościom. Rzeczą oczywistą i normalną było, że wiejskie zabawy kończyły się bijatyką i rozróbą, bywało to zazwyczaj w godzinach druga trzecia nad ranem, gdy transportery w bufecie zapełnione były pustymi flaszkami po wódce. Sylwek i Mikołaj i na tą sytuację mieli wypracowany system. Obserwowali salę i gdy odwaga i agresja, spowodowana „czystą czerwoną capslowaną”, u znanych w okolicy rozganiaczy zabaw, rosła opuszczali salę i wracali do domu. Tak również chcieli zrobić teraz. - Olu może być tu bijatyka, odprowadzimy Ciebie. – Zaproponowali. - Dobrze. Ale to do Jesionowa, trzy kilometry, będę nocowała u cioci. Poczekajcie chwilę zapytam siostry. – Siostra Weronka znała Sylwka a Mikołaj był dalekim ich kuzynem, więc wyraziła zgodę. Ją do domu miał odwieść Sławek dumny właściciel motoru marki „Jawa” Zaczęli powoli przeciskać się przez tłum tańczących do wyjścia. Byli w połowie sali, gdy zaczęło się. Jeden z żołnierzy prowokacyjnie pchnął Igora z ręką w gipsie. - Co! Chorego zaczepisz! – Ryknął Igor uderzając łokciem w brzuch, zaczepiającego. Drugi żołnierz tylko na to czekał. Wyciągnął za pazuchy, przygotowany wcześniej szeroki pas wojskowy, przewleczony kilkokrotnie przez klamrę, Była to broń często stosowana przez żołnierzy, w bijatykach. Uderzenie, taką skórzaną pięścią z klamrą, było bardzo niebezpieczne. - Żołnierzy biją! – Krzyknął w kierunku drzwi, dając w ten sposób znać, gotowym do akcji, kolegom i nacierając pasem na Igora. Mylił się, kto sądził, że gips na ręce był przeszkodą w walce. Od chwili, gdy Igor przekonał się o skuteczności w rozdawaniu razów na wiejskich zabawach, ręką w gipsie, korzystał z tego. I tym razem, zdrową ręką odparował pas a gipsem, trzasnął na odlew atakującego żołnierza, zakrwawiając mu twarz. - Ola! Mikołaj! Wycofujemy się z powrotem do drzwi przy scenie. – Zawołał Sylwek przeciskając się i robiąc miejsce kolegom Igora spieszącym z pomoc. Z drugiej strony od drzwi wejściowych, wymachując pasami, nacierali pozostali żołnierze z kapralem Zenkiem na czele. Normalna rozróba na normalniej ludowej zabawie nie dotyczyła wszystkich uczestników. A to dwóch kawalerów zaczynało się szarpać z powodu panny, a to dwóch sąsiadów próbowało załatwić zadawnione żale i pretensje, a to młodzieńcy ze jednej wsi chcieli się zrewanżować za manto spuszczone na poprzedniej zabawie. Oczywiście kobiety i dziewczyny był nietykalne. W takich sytuacjach zazwyczaj kilku starszych mężczyzn lub energicznych gospodyń wyrzucało rozrabiających z sali na podwórze gdzie kończono porachunki, ganiając się wśród opłotków i wyłamując sztachety i kradnąc z wozów kłonice. Tym razem sprawa była powarzona. Z Lechowa pochodziła jedna z panien z braćmi, którzy okryli hańbą podrywacza Zenka. Obrońcy granic i „ludu pracującego miast i wsi” postanowili dać nauczkę „ludowi wsi Lechowo” płci męskie. Tłukli na lewo i prawo, wszystkich po kolei, blokując przy tym drzwi wyjściowe. Minęło zaskoczenie zaatakowanych i dał się słyszeć trzask łamanych nóg od krzeseł i desek z prymitywnych ławek do siedzenia. Lechowo broniło się równym frontem. Oprócz wymiany razów, leciały przekleństwa z akcentem zabugowskim, mazowieckim i po ukraińsku. - Sylwek! Nie mogę otworzyć drzwi, są zabite gwoździami! – Zawołał Mikołaj, gdy dotarli z Olą do drzwi zapasowych przy scenie. - Musimy coś zrobić, bo kapral Zenek jak nas pozna to zatłucze na śmierć. – Sylwek zaczął się rozglądać, dojrzał, w obudowanej deskami scenie, drzwiczki. Szarpnął. Puściły. Była tam pusta przestrzeń, do której można było wejście na czworakach. - Mikołaj właź! Teraz ty Olu nie zostawimy Ciebie. – Powiedział, gdy Mikołaj zniknął. Sam wśliznął się na końcu. Cała ich akcja została nie zauważona przez walczących. Wejście było zasłonięte stołem. - O Boże moja noga! Chyba zwichnęłam. – Zawołała Ola. - Postaraj się wytrzymać. Chyba to długo nie potrwa. – Powiedział obserwując salę przez szparę w drzwiczkach. Nie musiał długo czekać. Nagle zobaczył jak żołnierze uciekają w kierunku zabitych, gwoździami drzwi, a za nimi okładający ich kolbami karabinów patrol WSW. - WSW przyjechało! Zaraz zrobią z nimi porządek. – Poinformował Olę i Mikołaja. Pierwszy żołnierz dopadł drzwi. Zaczął szarpać. Nie puszczają. Drugi kopnął z całej siły piętą wojskowego buta. Poleciały deski. Jeszcze kilka kopnięć i dolna połowa drzwi rozleciała się. Znikali po kolej. Pozostało dwóch, gdy dopadło ich dwóch z WSW, - Stać! Marsz do samochodu!– Jeden z uciekających zatrzymał się i wykonał polecenie tego z patrolu. – Ty się zaopiekuj tym drugim. Ja tego odprowadzę. Lecz ten drugi nie miał ochoty dać się złapać. Pchnął patrolowca, zgiął się by zniknąć w połamanych drzwiach. W tym momencie Sylwek zobaczył jak żołnierz WSW wymierzył stopą kolby karabinu uderzenie w plecy, uciekającego. Uderzenie! I kolba zamiast w plecy uderzyła w szyję. Uderzony jakoś dziwnie zadygotał i znieruchomiał. - Wstawaj! Szarpnął za rękaw. Brak reakcji. Rozglądnął się. Oprócz Sylwka pod sceną nikt nie widział tego zdarzenia. - Obywatelu sierżancie, tu jest zabity żołnierz – zawołał w głąb sali. - Kto to zrobił? – Zapytał sierżant, dowódca patrolu. - Nie wiem. To chyba ci miejscowi. – Skłamał zapytany. – Zabierzcie go szybko do samochodu i do szpitala. Może jeszcze żyje.
piątek, 09 lutego 2007
Zabawa odpustowa w Lechowie
- Mikołaj mam nadzieję, że ty do tego świętego nie będziesz się modlił? - Nie będę. Ja mam porządnego świętego, Mikołaja. Ale wydawało się, że miałem ci w czymś pomóc. A ty gadasz, dyrdymały o świętych. - Ojciec nie chce puścić na zabawę do Lechowa. - Co? Olga tam będzie? – Mikołaj znał słabość swego przyjaciela. - Tak - Mam plan muszę tylko zapytać matkę czy pozwoli mi spać u ciebie na sianie. Przeniesiemy się na ten tydzień na siano do waszej stodoły. – Powiedział po zastanowieniu się. - Mój ojciec na pewno się zgodzi. Domyślam się twego planu. Rodzice nie podejrzewając podstępu zgodzili się. Spiskowcy przenieśli się na noce do stodoły. W upalne lato wstawało się, wcześnie o wschodzie słońce. Żar lejący się z warmińskiego nieba w skwarne południe nie pozwalał na prace w polu. Przerywano, więc prace i odpoczywano w chłodnych zacienionych domach. Gaszą pragnienie, zimnym zsiadłym mlekiem, przechowywanym w ciemnych przepastnych piwnicach. By, gdy upał zelżeje powrócić ponownie do pracy. W niedzielny wieczór, tuż po zachodzie słońca rodzice Sylwka położyli się spać. O świcie czekała ich praca. Na ten moment tylko czekali spiskowcy. Rower Sylwka był przygotowany. - Mikołaj, co z twoim rowerem? - Niestety. Będziemy musieli jechać jednym, bo mój jest w szopie zamknięty na kłódkę. Przecież do domu po klucz nie pójdę. - Jedziemy! – Niczym był trud jazdy po wertepach polnej drogi, gdy tam czekała Ola. Mogli Jechać lepszą droga przez Jesionowo. Lecz tam był Przestrzelony Krzyż. Po raz drugi nocą tamtędy nie pojadą. Odpustowa zabawa ludowa w Lechowie odbywała się w poniemieckiej sali-świetlicy ze sceną, na której rozlokowała się orkiestra w składzie akordeon, saksofon perkusja. Z resztek malowideł na ścianach i lekko rzeźbionych belek wysokiego stropu można było wywnioskować ze czasy świetności ma za sobą. Socjalistyczne zarządzanie na tych ziemiach potrafiło tylko rujnować to, co wojska sowieckie nie zdążyły spalić w czasie wojny - Mikołaj, jaką masz kasę? - Dziesięć złoty akurat na bilet. A ty? - Ja mam trzydzieści. Dziesięć na bilet i dwadzieścia na walczyk czekoladowy. - Ten walczy to złodziejstwo – posumował Mikołaj. Skąd się wziął, zwyczaj walczyków czekoladowych na zabawach wiejskich. Czy został przywieziony przez Centralaków, Wilniaków czy też przez Ukraińców? Nikt nie pamiętał. W każdym razie organizatorzy wiejskich zabaw chętnie go stosowali, bo dawał im dodatkowy dochód. Na czym polegał walczyk czekoladowy? Gdy zabawa była w kulminacyjnym momencie zazwyczaj około północy i tańczyło najwięcej par, orkiestra przerywała i ogłaszała. „Walczyk Czekoladowy” W dalej kontynuowanym tańcu, organizatorzy podchodzili do tańczących z pudełkiem czekolad i tancerz musiał kupić swej partnerce czekoladę za dwadzieścia złoty wartą w sklepie dziesięć, choć rzadko one w sklepach bywały. Tancerz tracił honor, gdy odmówił zakupu lub nie posiadał pieniędzy, co chłopcom w wieku Sylwka często się zdarzało. Pensja, w pobliskim pegerze, wynosiła mniej niż tysiąc złoty. - Patrz tam obok sceny siedzi twoja Ola z siostrą i jej kolegą. – Powiedział Mikołaj, gdy weszli do sali. Przy wejściu po lewej stronie był „bufet obficie zaopatrzony” jak pisało na plakatach ogłoszeniowych. Jego obfitość polegała na tym, ze stało tam kilkanaście skrzynek z wódką „Czystą” i winem marki „Wino” oraz kilkanaście skrzynek napoju zwanego „Oreżada”. Do, zakańszania, bo na zabawę ludową nie przychodziło się jeść, można było dostać porcję kiełbasy zwykłej z bułką lub herbatniki Pettit Beri lub konserwę rybną. Tym razem Koło Gospodyń Wiejskich, które było organizatorem zabawy, stanęło na wysokości zadania i przygotowało bigos, który na początku był gorący, później ciepły, a później nie zdążył być zimny, bo go zabrakło. Zabawa trwała. Na stołach, ustawionych wzdłuż ścian, ze zbitych desek, położonych na deskowym krzyżakach i przykrytych, ceratą, stały ćwiartki, półlitrówki oraz i szklanki, które można było otrzymać kaucją w bufecie.. - Dobrze, że przyślijcie - powiedziała Ola, gdy usiedli obok. – Bo ten lekko pijany amant, nie dawał mi spokoju. - Powiedziała dyskretnie wskazując na młodzieńca w czarnym „kościelnym” garniturze, białej koszuli i kwarcie na gumce. Dla Sylwka nie istniało siermiężne tło zabawy, gdy tańczył z Olą. Ona tak jak on lubiła czytać książki, więc mile się rozmawiało, czując jej bliskość. - Sylwek idę sprawdzić czekoladowy system – powiedział cicho Mikołaj. - Co już się zbliża dwunasta? Mieli opracowany system by nie wpaść w pułapkę „czekoladowego walczyka”. Przed dwunastą naprzemian pełnili dyskretne dyżury obok bufetu. Gdy w bufecie zaczynano przygotowywać czekolady, nie tańczyli, by nie kupować czekolady i wyjść z honorem. Po czekoladowym walczyku tańczyli dalej. Tym razem tylko Mikołaj robił unik. Sylwek miał przygotowaną kasę na czekoladę dla Oli. - A ci, co tu robią? – Powiedział do Oli widząc w drzwiach sali trzech żołnierzy w polowych mundurach świadczących, że urwali się bez przepustek. Po skończonym tańcu wrócił spod bufetu przestraszony Mikołaj. - Podsłuchałem. Szykuje się rozróba. Ci żołnierze to koledzy kaprala Zenka. Naczelnik poczty poszedł zadzwonić po WSW. Na podwórku jest ich więcej. Chyba chcą się zemścić za przygodę z cielakiem.
środa, 07 lutego 2007
Cygański święty
W niedzielny słoneczny poranek cała rodzina krzątała się czyniąc, przygotowania wyjścia do kościoła w Mingajnach. W minionym czasie rodzina Mikołaja również uczęszczała do tego kościoła. Lecz, od kiedy otworzony został kościół greko-katolicki w Pieniężnie, Sylwek stracił towarzystwo kolegi w wędrówkach do kościoła. - Tato. Mogę pojechać rowerem na mszę do Babiaka, Tam, odprawiana jest przed południem. Wrócę nim wyjdziecie. Tabor cygański jeszcze koczuje przy potoku pod lasem. Cyganki łażą po okolicy. Gdy was nie będzie będę pilnował gospodarstwa. – Nie złodziejki kur były powodem Sylwkowej decyzji, lecz obietnica Oli, że będzie w niedziele w kościele w Babiaku. - Dobrze. Lecz wracaj szybko po mszy. – Powiedział ojciec nie podejrzewając podstępu. Nim ojciec dokończył już Sylwka nie było. Mijając uroczysko przy strumieniu, gdzie rok rocznie tabory cygańskie rozbijały swój obóz usłyszał. - Młodzieńcze! Zatrzymaj się! Cyganka ci powróży. - Nie mam pieniędzy. – Rzucił, by się odczepiła. - Kochaniutki! Weż z domu dziesięć jajek i przyjedź. Cyganka powie ci, jaka piękna czarnooka czeka na cię. Tabor po trzydniowym cygańskim weselu, szykował się do odjazdu. Na wozach stojących półkolem, otwartą stroną do strumienia, panował ruch. Bogaci Cyganie w swych wspaniałych malowanych wozach-domach z ażurowymi, rzeźbionym smoko-wężami i lustrami, zaprzęgali piękne konie. Cygańska biedota zwijała szmaciane namioty i ładowała kolorowe piernaty i pierzyny, na byle, jakie wozy z pałąkami przykrytymi plandeką, chroniącymi przed deszczem i warmińskim upałem. Jeszcze niektóre kobiety kończył gotowanie śniadania w kociołkach zawieszonych nad ogniskiem lub pająkowatych żeliwnych przenośnych kuchenkach. Było coś tajemniczego w cygańskim życiu, co przyciągało. Mieszkańcy wiedzieli, że trzeba się mieć na baczności, gdy tabor przejeżdża przez wieś. Gospodynie nie mogły się później doliczyć kur, gdy wpuściły do domów, to i wartościowych przedmiotów. Koń kupiony od Cyganów, na słynnych jarmarkach w Ornecie, mógł mieć podpiłowane zęby dla sfałszowania jego wieku, a siła i żwawość, którą wykazywał się w momencie zakupu nie była wynikiem jego wspaniałego zdrowia ale butelki wódki wlanej w tajemnicy, koniowi do pyska przed sprzedażą. Pomimo tych cygańskich wad, społeczność lokalna uważała to za normalność. Trzeba tylko uważać. Miło było słuchać wróżb, które dawały nadzieje. Bo w socjalistyczną nadzieję „świetlanej przyszłości” nikt nie wierzył. Lepie było nie zadzierać z cyganichami, bo przekleństwo rzucone przez nie, mogło ściągnąć nieszczęście na rodzinę i dobytek. Poprzedniego wieczora Sylwek z Mikołajem podczołgali się w krzaki i ukryci w bezpiecznej odległości, obserwowali tańce, śpiewy i weselne biesiadowanie Cyganów. Światło, płonącego, dużego ogniska i warmińska noc uszlachetniało i bogaciło kolorowe cygańskie stroje. Teraz przy dziennym świetle ta wspaniałość, ulotniła się, pozostała tylko szarość biedy cygańskiej. Lecz co tam Cyganie w Babiaku w kościele może będzie Ola. Naciął na pedał roweru. Była i nawet się ucieszyła, gdy poszedł do niej przed kościołem. - Sylwek! Siostra Weronika i jej kolega, sąsiad Sławek, zabiorą mnie na zabawę do Lechowa, w następną niedzielę. Będziesz? – Zapytała. - Będę! – Pomimo ojcowskiego zakazu obiecał Oli. Musi zrobić wszystko by dotrzymać słowa. Po powrocie do domu zapytał ojca. - Będę mógł pojechać na zabawę do Lechowa? - Synu, już raz Ci powiedziałem albo szkoła średnia albo kawalerka. Chcesz udawać kawalera i jeździć po zabawach to, po co masz jechać do tej swojej szkoły morskiej. – Zakończył rozmowę ojciec. Coś trzeba wymyślić. Może Mikołaj pomoże. Poszedł do Mikołaja po jego powrocie z Pieniężna. - Mikołaj wymyśl coś. – Już chciał wyłuszczyć przyjacielowi, jaki ma problem, gdy zobaczył na ścianie, w domu Mikołaj nowy święty obraz. - Co to za święty?- Zapytał. - Cyganka, od której babcia kupiła, za kurę i dziesięć jaj, powiedziała, że to święty Józef. Sylwek takie portrety wdział i to dużo z tym, że nie było na nich dokolorowanej aureoli. Rozdawano je za darmo na pierwszego maja, gdy mieszkał w Ornecie. Był to portret Marksa. cdn
piątek, 02 lutego 2007
Podrywacz kapral Zenek
- Sylwek! Sylwek! – Wołał przed domem Mikołaj. - Co się stało? – Sylwek, po nocnym spotkaniu z duchem, jeszcze nie doszedł do równowagi. Oczywiście nic na ten temat nie mówił ojcu. Za późny powrót, miał szlaban na wyjścia na potańcówki i wiejskie zabawy, a w Lechowie za dwa tygodnie miał być odpust i oczywiście zabawa ludowa. Jak będzie tam Ola? To chyba nie przeżyje. Zmartwiony ojcowskim zakazem, wyszedł do Mikołaja. - Co tak krzyczysz? Co się stało? –Powtórzył pytanie - Cielak zginął z zagrody. - Której? - Tej obok waszego sadu. - Może przelazł przez płot i gdzieś polazł? - Rodzice przeszukali i przepytali wszystkich sąsiadów i nic. Nigdy się nie oddalał, cały czas pilnował cycka, swojej krowiej matki. - Może polazł na pegerowskie pola. Zapytam ojca czy mogę pomóc w szukaniu. Ojciec wyraził zgodę. Przeszukali Szulcową Rozbitkę – nic. Pobliskie podmokłe torfowisko i szuwarowe rozlewisko – nic. - Zobacz! Tam! – Sylwek wskazał na oddaloną o kilometr Frydrychową Rozbitkę. Z zabudowań pozostała tylko stodoła z poodrywanymi deskami, w której pegerowcy złożyli siano. Zdawało się, że coś łaciatego, tam się rusza. Gdy dobiegli i przeszli z drugiej strony o mało nie wybuchli śmiechem. Do belek stodoły był przewiązany żołnierz, ze spuszczonymi spodniami. Ich poszukiwany cielak, niczym cycek krowiej matki, ssał żołnierską męskość, poszturchując zniecierpliwiony głową. - Przegońcie tego bydlak i odwiążcie mnie – półprzytomny, słabym głosem, zawołał.– Chłopcy wykonali prośbę. Znali tego żołnierza, był to kapral Zenek, jak go nazywano we wsi. Należał do kompanii żołnierzy, która przyjechała miesiąc temu do pracy w pegerze. Przystojny, elokwentny Zeniu zasłynął, w ciągu miesiąca, jako podrywacz okolicznych dziewcząt. - Kto to panu zrobił? - dopytywali się chłopcy. - Co to was obchodzi. Już ja się policzę z tymi babami i ich braćmi . – Odgrażał się ubierając spodnie. Był wycieńczony i ciężko mu było się ruszać. - Może sprowadzimy pomoc? – Zapytał Sylwek. - Nie! Nie! Zabierajcie tego cielak i wynosicie się stąd i morda w kubeł. Bo. – Pogroził pięścią Chłopcy założyli cielakowi pasek na szyję i poprowadzili do domu. Oczywiście o przygodzie kaprala Zenka opowiedzieli i po kilku dniach był to temat żartów mieszkańców okolicznych wsi. Oficjalnie - nikt nie wiedział, kto tak urządził pegerowskiego Kazanowe. Nieoficjalnie - trzy miejscowe panny, którym pan Zenek składał miłosne obietnice, zgadały się i postanowił dać nauczkę podrywaczowi. Jedna umówiła się z nim w starej stodole. Czekały na niego trzy wraz dwoma braćmi i cielakiem.
środa, 17 stycznia 2007
Niebezpieczne zabawy
. W te czerwcowe południe, szkolni przyjaciele, Sylwek i Mikołaj wracało ze świadectwami ukończenia szkoły podstawowej do domu. Razem w okresie dzieciństwa, tropili po śladach zwierzęta w pobliskich lasach. Wiedzieli gdzie są gniazda czarnych bocianów, żurawi i czapli. Razem nocą podczołgiwali się pod obozowiska cygańskie, by posłuchać śpiewów i muzyki. Razem na tratwie odkrywali „zamorskie kraje” na pobliskim jeziorku. Teraz będą mogli porzucić tą „nudną” ziemię warmińską. Lecz jeszcze nie wiedzą, że w ich pamięci – tej tylko do odczytu, wpisany został wzorzec małej ojczyzny - Warmii i gdziekolwiek będą, zawsze będzie funkcjonował. Postanowili uczcić ten dzień. W pobliskim sklepie było tylko wino „patykiem pisane” i śledzie solone z beczki. Alkoholu nie pili. Uznali, że „inicjacją dorosłości” będzie zjedzenie śledzia solonego. Usiedli nad strumieniem, gdzie woda „zimna, bystra i czysta”. Z dużym samozaparciem i poświęceniem udowadniali swą męskość, jedząc strasznie słonego ulika. Mikołaj powiedział: - Wiesz. W przyszłości chciałbym pracować w fabryce „Junaków” w Szczecinie - A ja chciałbym być tam gdzie łowią te cholerne śledzie – odpowiedział Sylwek. - Mówiłeś, że ojciec wyraził zgodę na tą Twoją szkołę morską. - Tak. Jeszcze muszę zdać egzamin i odbyć rejs kandydacki. - O! Idą tu Zygmunt i Janek - do mostka nad strumieniem gdzie siedzieli przyjaciele, szosą, zbliżali się koledzy z klasy - Nareszcie koniec tej durnej budy! Trzeba to uczcić! – Zawołał Zygmunt wyciągając za koszuli wino marki „Podpis Gomułki”. Ten popularny wśród pegeerowców mózgotrzep swą zajzajerowatością niszczył zdrowie i umysły, „nowego socjalistycznego społeczeństwa”. - Wypijecie z nami? – Zapytał Janek wyciągając z kieszeni musztardówkę. - Ja nie – powiedział Sylwek – ojciec wyczuje i będę miał problemy. Nie ojciec był naprawdę argumentem, lecz przyrzeczenie, jakie dał rodzicom i Bogu, że do osiemnastu lat nie spróbuje wina ani wódki. Ćwiczył charakter i postanowił dotrzymać przyrzeczenia. Nie mógł im tego powiedzieć, bo by go wyśmiali. - Ja też nie. – Odpowiedział Mikołaj. - Jesteście mięczaki, będzie więcej dla nas. Pij! – Janek podał napełnioną szklankę. Zygmunt wypił robiąc charakterystyczny grymas twarzy, jaki można było zaobserwować u pijaczków przed wiejskim sklepem. Szerokim łukiem, ręki z musztardówką, strzepnął resztki płynu. Był dumny ze swej dorosłości. Janek po wypić wykonał identyczne gesty. - Mam trotyl z pancerfausta i pepeszki, postrzelamy sobie – Janek wyjął z jednej kieszeni kawałki prochu a z drugiej garść naboi do pepeszy. „Zabawy” chłopców, na tych terenach, niewypałami i powojenną amunicją było przekleństwem. Matki i ojcowie słysząc w okolicy odgłosy strzałów i wybuchów od razu sprawdzali, ze strachem czy ich synowie są w domach. Ziemia warmińska pozbywała się przez lata pozostałości wojennych. Pomysłowość i bezmyślność chłopców w tym zakresie była przerażająca. Jednym z wariantów było strzelanie z pepeszek. Rozbijało się głowicę pancerfausta, pozbawionego zapalnika, i odłamywano kawałki prochu. - No, chłopcy! Na mostek! – Zawołał Zygmunt przygotowując ładunek. Na grubej stalowej belce pod mostkiem, położy kawałek prochu na nim nabój do pepeszy. Podpalił i schronił się na mostku z pozostałymi. Byli bezpieczni. Poza polem rażenia. Ten rodzaj prochu, w warunkach dostępu powietrza, smażył się paląc się powoli. Proch w leżącym na nim naboju nagrzewał się. By w końcu z hukiem rozerwać łuskę. O to właśnie chodziło. Mostek, przy którym chłopcy robili pożegnanie swej budy, był odległy od najbliższych zabudowań w Mingajnach około kilometra i osłonięty, kępą drzew. - Ale pięknie huknęło! – Zawołał Janek zbiegając z nasypu drogi, by przygotować następny ładunek. - Zaraz huknie następny! – Zawołał po powrocie. Nie czekali długo. Strzeliło. Zygmunt zbiegł natychmiast. Nagle niespodziewanie rozległ się cichszy drugi strzał. - Ratunku! Trafiło mnie w oko! Nic nie widzę na jedno oko! - Rozpaczliwie darł się Zygmunt, wybiegając spod mostu, przykrywając dłonią prawe oko. Nie krwawił tylko palce miał mokre ni to od łez ni to od jakiegoś śluzu. - Masz przyłóż! – Sylwek podał czystą chustkę do nos.- Janek zaprowadź szybko Zygmunta do domu! Nas z wami nie było! Wiedzieli, że gdy rodzice się dowiedzą, że uczestniczyli w takich zabawach to pomimo czternastu lat czeka lani, Janek z trzymającym się za oko Zygmuntem pobiegli w kierunku Mingajn. Sylwek z Mikołajem w przeciwnym kierunku do Miłkowa. Przedtem jeszcze ciekawość zmusiła, by zobaczyć, co było powodem drugiego strzału. Tyle razy tak strzelali i nie było drugiego strzału z jednego naboju. - Zobacz! – Sylwek pokazał rozerwaną łuskę. – Niema spłonki. - Przecież to się nigdy nie zdarzało, by spłonka odpaliła. - Powiedział Mikołaj – Ale mieliśmy szczęście, że nie trafiło na nas. Spotkali ponownie Zygmunta pod koniec wakacji. Zademonstrował im szklane oko, które mógł wyjąć.
sobota, 13 stycznia 2007
Duch Przestrzelonego Krzyża
... Sylwka czekała jeszcze powrotna droga do domu, przez las, lecz nie to było najgorsze. Przerażało go, że nocą będzie musiał przejeżdżać obok przestrzelonego krzyża. Po za tym w domu czeka go reprymenda ojca za późny powrót. Obiecał, że wróci przed nocą. Lecz burza, taniec Jędrucha a przede wszystkim Ola spowodowały, że czas nie istniał. Całe szczęście, ze na potańcówce jest jego szkolny przyjaciel Mikołaj. Powrót we dwójkę będzie raźniejszy. - Mikołaj wracamy do domu? Gdzie masz rower? – Zapytał, gdy grzmoty piorunów oddaliły się bezpiecznie. Padający burzowy deszcz nie był przeszkodą. Często lubili ganiać tylko w spodenkach po letnim, ciepłym warmińskim deszczu. - Przyszedłem na piechotę. Zabierzesz mnie na ramę? - Zapytał - Dobrze. Ale pedałować będziemy na zmianę. Rowery, na wsi warmińskiej lat sześćdziesiątych, ogrywały ważną rolę. Zakup był poważną inwestycją dla rodziny. Były to zazwyczaj masywne, produkcji radzieckiej. Służyły do transportu trzydziesto litrowych, baniek mleka do zlewni lub z pola i innych artykułów rolnych. No i oczywiście do przemieszczania się. Formą podróżowania we dwójkę było, wożenie na ramie. Nie było to wygodne szczególnie osobie wiezionej. Rama wpijała się w tyłek. Takie podwożenie dziewcząt proponowali dorastający chłopcy. Było to elementem zalotów. Dziewczyna przyjmowały propozycje jazdy na ramie od chłopców, którzy nie byli jej obojętni, lub, jeżeli chciały wzbudzić zazdrość u koleżanek. - Nie wierć się! Bo wyładujemy w pokrzywach. Rower podskakujący w mroku, na polnej drodze, uwierał Sywka ramą. Ten odcinek drogi pedałował Mikołaj. - Przez las pójdziemy pieszo – zaproponował. - Dalej będzie droga brukowa obok przestrzelonego krzyża. Co masz stracha? – Pomimo swych czternastu lat przestrzelony krzyż budził u nich podświadomy lęk. - Bzdury opowiadasz. Ja bałby się duchów i zjaw. Przecież zdawałem do szkoły Rybołówstwa Morskiego. – Powiedział dumnie Sylwek. - Co? Dostałeś się? Bo ja już zostałem przyjęty do Technikum Rolniczego w Lidzbarku. - Egzamin teoretyczny zdałem, jeszcze czeka mnie dwutygodniowy rejs kandydacki. - Zazdroszczę Ci tego rejsu i szkoły. Nareszcie wyrwiesz się z tej wiochy zabitej deskami. – Powiedział Mikołaj. Od czwartej klasy byli kolegami czytali te same książki, razem marzyli o dalekich podróżach. Mikołaja rodzice zadecydowali, ze ma być rolnikiem. Sylwek przekonał swoich by pozwolili zdawać do Państwowej Szkoły Rybołówstwa Morskiego w Gdyni. Ojciec nie wierzył, ze Sylwek dostanie się. Okazało się, ze całkiem nieźle zdał egzamin teoretyczny. Przeszedł pomyślnie badania lekarskie. Jeszcze tylko rejs kandydacki. - Wsiadaj! – Powiedział Sylwek, gdy doszli do brukowanej drogi. - Pedałuj wolno. Bo na tych kocich łbach rama przetnie mi tyłek na ...– Nie dokończył zdania. W tym momencie dojechali do miejsca gdzie krzaki odsłaniały przydroży, Przestrzelony Krzyża. Widok ich przeraził. Czuli jak zimny pot oblewa ich ciało a włosy staja dęba. - Widzisz. – Cicho wyszeptał Sylwek. - Tak. Pedałuj. – Wymamrotał Mikołaj. Pod krzyżem klęczała ledwie widoczna postać. W poświacie, przebijającego się przez chmury światła księżycowego, wyglądała jak gdyby miała na sobie ni to sutannę, ni to szynel wojskowy czy też ciemny długi płaszcz. Była nieruchoma, zwrócona tyłem do odległej o dwadzieścia metrów, drogi. Przerażeni nie patrzyli w tamtą stronę. Wydawało się, że gdy się nie widzi zjawy lub ducha to znaczy, że go niema. Tak jak małe dziecko, które chowa głowę pod pierzynę, gdy boi się duchów. Brzęczący, błotnikiem, rower zatrzymał się dopiero przy domu Sylwka. Dopiero wtedy odzyskali głos. - Sylwek czyj to był duch? – Bo że to był duch nie mieli wątpliwości. - Szulca albo ruskiego sołdata, który przestrzelił ten krzyż. - Jego ubranie wyglądało jak sutanna, to może był to duch tego księdza z Frydrychowej rozbitki. Przez całe życie Sylwek nie dopuszczał myśli, że to była postać materialna. Na przykład stary Mil, wracający z upolowanym zającem, słysząc rozmowę i dźwięk roweru. Postanowił nastraszyć chłopców urealniając w ten sposób, krążące od wojny opowiadania o zjawach i duchach. ...
poniedziałek, 08 stycznia 2007
Ornecki stalag
... - Jak pan trafił na Warmię do Miłkowa? – Zapytał Wincenty. - W wrześniu, trzydziestego dziewiątego, trafiłem do niewoli niemieckiej, przywieziono nas do miejscowości Stablack. Odległej stąd około pięćdziesięciu kilometrów. - Tu będzie Wasze miejsce jak sobie wybudujecie - powiedział komendant obozu ppłk Karl Schutz. - Znajdowaliśmy się na niemieckim poligonie otoczonym drutem kolczastym z wieżami wartowniczymi. Zamieszkaliśmy w postawionych przez siebie namiotach. Polscy jeńcy stalagu, do połowy roku 1940, wybudowali baraki obozu głównego. - Po latach będzie można powiedzieć, że to Polacy a nie Niemcy wybudowali największy w Europie obóz jeniecki - kpił komendant obozu. - Wraz z zwycięstwami hitlerowców, tworzyły się podobozy w pobliskich miastach. Ja trafiłem, do takiego w Ornecie. Pracowaliśmy w pobliskiej fabryce amunicji. Sylwek przypomniał sobie wyprawę do lochów i kościotrupy żołnierzy. - Czy w orneckim obozie byli lotnicy amerykańscy? – Zapytał. - Tak. Skąd wiesz? – Nie czekając na odpowiedz ciągnął dalej – głownie byli tam Rosjanie, Polacy, Belgowie i Francuzi. Trafiłem do pracy u bauera, tu w tym gospodarstwie. Mieszkałem w pokoju na stryszku. - Teraz wiecie, dlaczego jest tam krata w oknie i zamykane na klucz wejście z kuchni. - Razem z gospodarzem woziłem do obozu w Ornecie ziemniaki i warzywa. Pamiętam w grudniu, czterdziestego czwartego roku. Dziwne zdarzenie opowiedziane przez jednego z jeńców, gdy rozładowywaliśmy ziemniaki. Wracając o zmroku z pracy odział jeńców, składający się z Belgów, Francuzów i dwóch lotników Amerykańskich, został zatrzymany przez niemieckiego pułkownika. Na zaśnieżonej śliskiej drodze stała kolumna ciężarówek jedna z nich, przechylona w rowie, próbowała się z niego wydostać. Pułkownik polecił jeńcom wyładować z blokującej drogę ciężarówki skrzynie z amunicją. Pracujących zdziwiło to, że skrzynie nie mają takiego ciężaru i takich wymiarów jak te w fabryce amunicji. Co dziwniejsze kierunek, w którym podążał konwój był z Pasłęka do Ornety. Amunicja zazwyczaj jechała w kierunku odwrotnym. - Jakie napisy był na takich skrzyniach? - Zapytał Sylwek - „Uwaga”, „Amunicja” i jeszcze inne wyrazy i cyfry. - Jak to było po niemiecku? - Sylwek nie przerywaj panu – strofował chłopaka ojciec. - Zaspokoję twoją ciekawość „Achtung”, „Munition”. Sylwkowi serce zabiło mocniej. Chyba podobne napisy były na skrzyniach w lochach. Nic jednak nie powiedział. Kto by mu uwierzył. - Wyładowano ciężarówkę. Wyciągnięto z rowu. Załadowano ponownie. Oficer zebrał niemieckich żołnierzy kierowców i zaczął ich wyzywać, ku uciesze jeńców. Następnie poprawną angielszczyzną zwrócił się do jeńców. - Opowiadał dalej gość. - Kto potrafi prowadzić te samochody, zastąpi tych osłów i dojedzie do miasta, otrzyma butelkę wina i karton papierosów. – Podszedł do kabiny pierwszej ciężarówki, wyjął butelkę francuskiego wina i karton papierów i uniósł do góry. Następnie powtórzył to samo poprawną francuszczyzną. Dziwna to była propozycja, lecz spragnieni tych artykułów jeńcy zaufali. Zgłosiło się dwóch lotników amerykańskich, czterech Anglików i czterech Belgów. Na rozkaz pułkownika, niemieccy kierowcy wsiedli do ostatnie ciężarówki z eskortą i odjechali w stronę Pasłęka. Ochotników było więcej niż ciężarówek do niektórych przydzielił po dwóch. Wraz z niemieckim pułkownikiem pozostało w konwoju, jeszcze dwóch Niemców w tej samej randze. Uzbrojeni w pistolety maszynowe zajęli miejsca w pierwszej, środkowej i ostatniej. Konwój ruszył w stronę miasta. Kolumna pozostałych jeńców ruszyła do obozu. Nad ranem zawyły syreny obozowe. Zebrano wszystkich na placu apelowym ogłoszono ucieczkę tych dziesięciu jeńców, którzy pojechali wczoraj ciężarówkami. Lecz strażnicy i komendant nie przejawiali zbytniej gorliwości w ściganiu. -Widocznie wiedzą, że front jest niedaleko - stwierdzili jeńcy. - Chyba wiem, dokąd uciekli ci żołnierze – powiedział cicho do siebie Sylwek, gdy gość skończył opowiadać. - Co mówisz synu? – Zapytał ojciec. - Nic. Nic.
wtorek, 19 września 2006
Wizyta pana Kowalko
... Późnym popołudniem, gdy prace w gospodarstwie były ukończone, spełniła się poranna wróżba kocicy Matyldy. Przez wieś biegła droga wybrukowana kocimi łbami poza furmankami miejscowych rolników i traktorami z pobliskiego PGR-u, porannym kursem autobus z Lidzbarka do Ornety i popołudniowym powrotnym, przejazd jakiekolwiek samochodu przez wieś budził sensację. Stara Warszawa wolno przejeżdżała po kocich łbach zamiast jechać dalej w kierunku Lidzbarka, skręciła na podjazd prowadzący na dziedziniec gospodarstwa rodziny Sylwka. Dzieciarni otoczyła samochód. Z samochodu wysiadł mężczyzna ponad sześćdziesiątkę z dziesięcioletnim chłopcem. - Wy mieszacie w tym domu? – zapytał w skazując na dom. - Tak. - Rodzice są w domu? - Tak. - Moglibyście porosić - powiedział zbliżając się do werandy. Ojciec wyszedł przed dom. - Dzień dobry! Przepraszam nazywam się Stanisław Kowalko, mam prośbę czy mógłbym pokazać wnukowi jak wygląda dom wewnątrz – widząc zdziwioną minę ojca Wincentego dodał pokazując dowód osobisty – W czasie wojny do stycznia czterdziestego piątego pracowałem w tym gospodarstwie u niemieckiego bauera jako polski jeniec wojenny. Oczywiście otrzymał zgodę. Pan Stanisław oprowadzał swego wnuka po pomieszczeniach i wyjaśniał szczegóły swego wojennego życia. Towarzyszący im Sylwek i jego ojciec mieszkający w tym domu od roku pięćdziesiątego siódmego, dopiero teraz zrozumieli dziwny charakter niektórych pomieszczeń i na stałe zamontowanych mebli. Goście zostali poczęstowani kolacja i zatrzymani na noc. Gospodyni Jadwiga przygotowała kolację i podała na stole, obok werandy pod lipą. Dzieci poszły spać pozostał tylko Sylwek z rodzicami i goście. - W tamte upalne letnie noce słuchałem rechotu żab z tego stawu za sadem, marząc by ich więcej nie usłyszeć – wspominał Stanisław – Dzisiaj jest to przyjemny śpiew warmińskiej nocy, jakiś inny radosny i urokliwy. Gdy widmo bolszewickiego barbarzyństwa zaczęło zagrażać Polsce w roku 1919 wstąpił na ochotnika, jak mówił, do Piechoty Legionów Piłsudskiego. Bitwa. Kończą się naboje. Zawsze musi zostać jeden - dla siebie. Nie wynika to z przesadnego bohaterstwa. Widział jak wyglądają ciała tych, którzy trafili do niewoli sowieckiej. Woli grzech samobójstwa niż taką śmierć. Wycofują się na podwarszawski cmentarz. Czerwona szarańcza otacza. Kryje się za starym okazałym grobowcem. Masywne drzwi. Bagnetem udaje się otworzyć. Wskakuje! Zatrzaskuje i blokuje drzwi od środka. Duchy, nieznanych zmarłych otaczają bezpieczną ciemnością. Odsypia zmęczenie. Budzi się i próbuje otworzyć drzwi. Zacięły się. Do tego miejsca tylko się wchodzi. Próba za próbą przy pomocy bagnetu. Przerażenie! Czy zostanie tu na zawsze? Po dwóch dniach wydostaje się by walczyć dalej. Stoją Dywizje Piechoty Legionów, Stanisława ściska nowy francuski karabin, w ładownicach wystarczający zapas amunicji i racje żywnościowe. Modli się po cichu. Przed nimi rzeka. Zjawia się On - Józef Piłsudcki. Charakterystyczne wąsy i czapka. Swym szczególnym głosem i akcentem przemówił do swych żołnierzy. Podniósł do góry szablę i z okrzykiem „huraaa”, na koniu, prowadził atak decydujący o losach Europy. Od tej chwili do końca życia nie pozwolił powiedzieć na Naczelnika złego lub krytycznego słowa. Bolszewicy okopali się wzdłuż linii lasu jeden atak Polaków załamał się. Dostali wsparcie nowej broni – tankietki. Na podwoziu samochodowym cylindryczna, opancerzona wieżyczka, z karabinem maszynowym. Z zagajnika wyjechały dwa takie pojazdy w kierunku wroga. Powoli zbliżają do stanowisk nieprzyjaciela. Nagle z okopów wlało się mrowie postaci w szarych szynelach z karabinami na sznurkach, przewieszonymi przez ramie, menażkami i garnkami w rękach. – Kuszać! Kuszać! -rozległo się nad bitewnym polem. Zaskoczona załoga tankietek odczekała nim fala zbliży się na odległość skutecznego ognia. Zaterkotały karabiny maszynowe tankietek. Zdziwienie i przerażenie. Rzucają menażki łapią za karabiny. Za późno na powrót do okopów. Kule odbijają się od pancerza. Z zagajnika ruszyła polska piechota wspomóc tankietki. Masakra. Krwawa jatka. Pan Stanisław wspominał: - Nabiliśmy ich tyle, że tankietki nie mogły poruszać się wśród masy ciał. - Co było powodem dziwnego zachowania sowietów? - Byli przekonani, że tankietki to samojezdne polskie kuchnie polowe, które zabłądziły. Przez wiele dni jedli tylko to, co złupili i zdobyli na polskiej ludności. Pan Stanisława zawahał się i spojrzał na Wincentego. Czy może zaufać słuchaczom? Władza ludowa nie lubi gdy się mówi prawdę historyczną o wojnie polsko-bolszewickiej. Lecz czy to widok orła w koronie i matki Boskiej Ostrobramskiej, zauważone w domu, czy też sugestywność nalewki Wincentego, spowodował że ciągnął dalej swoją opowieść. - Pognaliśmy tą zarazę aż po dalekie kresy. Po wielu dniach pościgu oddział rozlokował się na odpoczynek. W oddali widać było kresowe miasteczko. Należało zachować ostrożność. Wygłodniałe grupy kozaków, z rozbitej armii bolszewickiej mogły znaleźć się wszędzie. Lecz brak tytoniu był silniejszy od grożącego niebezpieczeństwa. Wraz dwoma kolegami poszli do miasteczka po tytoń. Nie spodziewanie zjawiła się grupa kozaków. Rozpętała się strzelanina. Jeden z kolegów zginął. Stanisław dostał w nogę. Po okrzykach i pozorowanych komendach, kozacy byli przekonani, że w miasteczku znajduje cały oddział Polaków. Zdezorientowani podali się składając broń. Stanisław pomimo rany, wraz z kolegą wspomagani przez mieszkańców, doprowadził jeńców do swego oddziału. Został wysłany do szpitala w Rzeszowie na leczenie. Po wleczeniu rany wrócił do wojska i pełnił służbę w zaopatrzeniu. W roku 1921 pan Stanisław otrzymał Krzyż Orderu Virtuti Militari. Słuchają opowieści z niedowierzaniem. Fałszywych bohaterów po wojnie na Warmii, jest dużo. Pan Stanisław zauważył powątpiewanie. Wstał podszedł do samochodu. Podał podniszczoną i wytartą przedwojenną książeczkę wojskową. W rubryce Ordery i odznaczenie wśród wytartych liter można było z trudem odczytać Krzyż Orderu Virtuti Militari i rok 1921. - Naczelnik pamiętał o tych, co przelewali krew za Ojczyznę. Otrzymałem szesnastko hektarowe gospodarstwo wraz z zabudowaniami na Wołyniu. Gdy ożeniłem się z moją Feliksą i mieliśmy dzieci pojechaliśmy tam gospodarzyć. Byłem rzemieślnikiem – murarzem i uprawa roli mi nie szła. Wydzierżawiłem gospodarstwo miejscowemu Ukraińcowi i z całą rodziną przenieśliśmy do Przedbórza. ...
środa, 13 września 2006
Zemsta Matyldy
... Chłopcy, Sylwek i Mikołaj, zostali wezwani do pomocy w pracach gospodarczych a pozostali po przewodnictwem siostry Wandy poszli do sadu przygotowywać przedstawienie „Czerwonego Kapturka”. Reżyserem była jedenastoletnia Wanda i ona przydzielała role i była odpowiedzialna za występ, najbardziej niezdyscyplinowanym aktorem był pies Kazan grający rolę wilka, ponieważ poza odpowiednim wyglądem potrafił tylko łasić się, merdać ogonem, lizać po rękach i twarzy i szczekać, jego kwestie miał wygłosić Janek ukryty za krzakiem. Sceną była cześć sadu między krzakami bzu i czeremchy. Na rozciągniętym sznurze od bielizny, zawieszona została kurtyna wykonana kolorowych narzut na łóżka. Po odsłonięciu roztaczał się prawie naturalny widok lasu z drzewami owocowymi i krzakami porzeczek i agrestu na pierwszym planie z widokiem brzóz, lip i jesionów w dalszej perspektywie. Wykonanie konstrukcji izby babci a zarazem domu Czerwonego Kapturka miał wykonać Sylwek. Występ zaplanowano za dwa tygodnie w niedzielę gdy przyjadą rodzice kuzynostwa. Próba występu przebiegała z problemami Kazan za nic w świecie nie chciał stać w wyznaczonym miejscu. W końcu pani reżyser ustaliła by jeden koniec sznurka przywiązać do obroży drugi do środka długiej linki. Końce naciągniętej linki trzymali ukryci za krzakami z jednej strony sceny Janek z drugiej Józek, brat Janka. Gdy jeden z nich popuszczał linkę drugi ją ściągał. Kazan przywiązany do liny musiał razem z nią pokonywać przestrzeń. Nie było to zachowanie groźnego wilka ale ostatecznie pani reżyser była zadowolona. Kazan został zwolniony i biegał po sadzie. Pani reżyser oprócz zajęć artystycznych miała obowiązek opiekować się Stasiem. Braciszek, by nie przeszkadzał w próbie, otrzymał butelkę mleka ze smoczkiem i posadzony na kocu, rozłożonym na trawie, oddawał się przyjemnemu zajęciu opróżniania butelki. Nagły płacz Stasia przerwał wysiłki artystyczne dzieci. Wszystkie oczy zwróciły się na koc. Na kocu trwała walka o butelkę. Stasiu z płaczem próbował wyrwać butelkę z pyszczka jagnięcia, które z pośpiechem opróżniało jej zawartość. Jagnie urodziło się jako trzecie w miocie, owcza matka była w stanie wykarmić tylko dwoje więc trzecie, najsłabsze, było karmione przy pomocy butelki ze smoczkiem, ponieważ dzieci często je karmiły więc podążało za nimi po podwórzu i w sadzie. Widząc jak Stasiu opróżnia butelkę było przekonane, że to jest jego. ... Niedzielne popołudnie. Przybyli z Ornety rodzice kuzynostwa oraz mama Jadwiga i tata Wincenty rozsiedli się na krzesłach w sadzie przed kurtyną. - Witamy wszystkich. Trupa aktorska z Miłkowa ma zaszczyt przedstawić sztukę „Czerwony Kapturek” – powitała wszystkich pani reżyser. Kurtyna poszła w boki i widzom ukazał się izba ze ścianami wykonanymi, ze starych desek i pomalowanego szarego papieru. Spektakl trwał zgodnie z planami, pani reżyser, do momentu spotkania wilka – Kazana z Czerwonym Kapturkiem. - Czerwony Kapturku dokąd to idziesz z tym koszykiem? – recytował wilczą kwestię Janek, ukryty za krzakiem a Józek podciągał linkę z uwiązanym „wilkiem”. Gdy nasz bohater znajdował się na środku sceny, niespodziewanie i bezczelnie przed jego nosem przedefilowała kocica Matylda. Kazan był psem pokojowo nastawiony do kociego rodu a szczególnie do Matyldy, ale takiej prowokacji żaden pies nie jest w stanie wytrzymać, więc rzucił się w pościg zrywając się z uwięzi i rozwalając dekoracje. Ku przerażeniu pani reżyser i aktorów spektakl został przerwany. Pomimo tak krótkiego występu aktorzy zostali nagrodzeni burzliwymi oklaskami widzów. Tylko pani reżyser była niepocieszona. ...
środa, 06 września 2006
Kocica Matylda i klacz Bułanka
...
- Znowu szczur porwał jaj kurom – powiedziała zmartwiona mama wychodząca z kurnika. - Czy niema na niego sposobu? – dodała. Problem szczura złodzieja niepokoił od pewnego czasu. Kradł kurom jaja z gniazd. Robił podkopy i przegryzał podłogę. Załatano w jednym miejscu na drugi dzień dziura była w innym. Spryciarz unikał zastawionej pułapki. Trucizny wyłożyć nie można było. Potrułyby się kury. Sylwek przeraził się. Obok w klatce były dopiero urodzone królicze maleństwa. Co będzie jak je wyczuje? Jedyna nadzieja w Matyldzie. Kocica Matylda była wyjątkowa. Sama zdobywała pokarm dla siebie i swoich kociąt. Latem gdy wychowywała potomstwo wybierała się na polowania na pola i do pobliskiego lasu. Przynosiła gryzonie i ptaszki zdarzało się jej upolować nawet dzikiego gołębia. Nie ruszała domowych piskląt a domowe gołębie unikały jej. Zimą rządziła w stodole i na olbrzymim strychu starego domu, siejąc zniszczenie wśród mysiego rodu. Psy podwórzowe Murza i Kazan dla świętego spokoju, schodziły jej z drogi. Miała swoje ulubione miejsce na nasłonecznionym podwórzu i w wolnych chwilach oddawała się kociej drzemce. Czasami łapami dokonywała toalety swego futerka wyglądało to jak mycie kociego pyszczka bez użycia wody. Domownicy widząc tą czynność mówili: - Matylda myje się! Na pewną zjawią się goście – zazwyczaj ten ludowy przesąd sprawdzał się. - Kić, kić Matylda mam dla ciebie zadanie specjalne – wabił Sylwek miseczką mleka, kierując się do otwartych drzwi kurnika. Matylda była kotem wolnym i nie przepadała za ograniczeniami zamkniętych pomieszczeń. Nie spodziewając się podstępu z lubością zajęła się swoim przysmakiem. - Przepraszam Matylda, ale muszę cię uwięzić – powiedział Sylwek zamykając drzwi. Na ten dzień była obiecana kuzynostwu z miasta nauka jazdy na oklep na koniu. Rodzice pozwolili do tego celu użyć Bułanki. Po dniu pracy, wieczorem konie prowadzono na pastwisko znajdujące się około dwóch kilometrów od gospodarstwa. Należało zaprowadzić tam Bułankę. Bułanka była ulubienicą wszystkich dzieci w rodzinie. Odwzajemniała te uczucia. Można ją było bezkarnie ciągać za uszy, grzywę, nawet pozwalała bezpiecznie przełazić pod brzuchem. Wynagradzano jej to jabłkami, za którymi przepadała. Na grzbiet gramoliła się nawet trójka dzieciaków i jeździła na oklep po sadzie. - Synu pojedziesz na pastwisko – powiedział do Sylwka ojciec. - Bułanka zna drogę. Jedź wolno – dodał. Czynność tą wykonywał już kilkokrotnie. Pomimo przestróg i zakazów, gdy widoczność z obejścia zasłaniały drzewa, wrzucał trzeci bieg, galop. Drugi bieg, czyli trucht w jeździe na oklep był niewygodny. Gnał, trzymając się grzywy i pozostawiając za sobą tuman kurzu na piaszczystej warmińskiej drodze, w pewnym momencie poczuł jak katapultuje się nad głową Bułanki i ląduje w wodny strumień. Ujrzał nad sobą przyjazny koński łeb mówiący swymi dużymi oczami. - Widzisz nicponiu, co cię czeka jak nie będziesz słuchał ojca. Skąd strumień na drodze? Obok drogi na zboczu wzgórza robiono odwiert studni artezyjskiej. Tego dnia rano trysnęła krystaliczna woda. Przekopano w poprzek drogi płytki rów, by spłynęła pierwsza woda czyszcząca rury. To zdarzenie był pewien czas temu. Tej nocy Bułanka z Czarnym i Kasztanką pasła się na łące przy sadzie. Kandydaci na kowboi czekali z lekkim niepokojem i lekkim strachem, lecz miejska duma nie pozwalała zdradzić się z tym. Przyjaciel Sylwka Mikołaj, mieszkający w sąsiednim gospodarstwie, słysząc hałasy dołączył do towarzystwa. Przyniesiono stare krzesło by można było łatwiej wdrapać na grzbiet Bułanki. - Synu możesz wozić kuzynostwo tylko stępa. Bez żadnych wygłupów! – polecił ojciec obecny przy przygotowaniach i poszedł do swoich zajęć w gospodarstwie. - Zademonstruje wam jak jeździ Zorro – powiedział Sylwek gdy ojciec zniknął w obejściu. Były to czasy gdy na ekranach kin objazdowych, po raz pierwszy w Polsce, wyświetlano ten film, telewizja nie była jeszcze na tych terenach osiągalna. Sylwek przefarbował na czarno wojskową pałatkę, od ojca dostał stary kapelusz i gdy przyprowadzał konie z dalekiego pastwiska, gnał na oklep przez pola niczym przez dziki zachód. Najlepiej do tego nadawał się koń Czarny, miał dobrą prędkość i potrafił przeskakiwać przez rowy melioracyjne. Praktyki te były zakazane przez ojca. Lecz gdy ojciec nie widział... Czasami jakiś sąsiad, widzący niebezpieczne wyczyny Sylwka, doniósł. - Synu kiedy ty w końcu spoważniejesz – mówił ojciec wymierzając odpowiednią karę. Bułanka nie miał w sobie nic z dzikiego mustanga ale jej inteligencja i łagodność pozwalała zademonstrować mieszczuchom „talent” jeździecki Sylwka. Sylwek nie potrzebował krzesła by dostać się grzbiet konia. Zazwyczaj do tego celu wykorzystywał duże kamienie, polne kopczyki i nierówności terenu. Bułanka była niższa nisz inne konie a po za tym stała zawsze cierpliwie i bez polecenia nie ruszała z miejsca. Chwyt za długą grzywę, oparcie się lewą stopą o staw kolanowy konia, odbicie się prawą nogą i Sylwek siedzi na grzbiecie. Pokaz jazdy stępa w różnych wariantach: kierowanie bez wodzy niczym indiański wojownik, jazda tyłem, jazda na stojąco. Jazda na stojąco z wodzami w ręku - na ten wyczyn można pozwalała tylko Bułanka, tą ewolucję można było wykonać, nie tracąc równowagi, tylko stojąc na szerokim kłębie konia. Takie zachowanie tolerowała tylko Bułanka. Czarny i Kasztanka, gdy siedzący na grzbiecie jeździec przesunął się za bardzo do tyłu, wierzgały tylnymi kopytami i można było wylądować na ziemi. Najłatwiejsza jazda na oklep to galop. Jeszcze tylko próba jazdy na stojąco w małym kłusie. W tym momencie Sylwek o mało nie wylądował na ziemi. Z kurników rozległ się pisk zwierzęcia odzieranego ze skóry. Dzieciarnia w popłochu uciekła do domu. Sylwek przypuszczał co to mogło być. - Mikołaj chodź zobaczysz Matyldę w akcji. Otworzyli drzwi kurnika i ujrzeli. Matylda leżała na plecach. Pazury przednich łap zatopione w szczura karku, trzymały w górze trochę mniejszą ofiarę. Ostrymi pazurami, tylnych łap, w błyskawicznym tępię kocica, darła skórę złodzieja kurzych jaj. W powietrzu fruwały zakrwawione kłaki szczurzego futra. Zaatakowane zwierze piszczało w niebogłosy, machając bezradnie swoimi pazurami, starając się dosięgnąć napastnika ostrymi zębami. Trzask otwieranych drzwi musiał zdekoncentrować wojowniczą Matyldę bo szczurowi udało się wyrwać z morderczego uchwytu i czmychnął do dziury. Od tego dnia, żaden szczur nie zaglądnął do kurnika. - Dobrze się spisałaś Matylda – powiedział Sylwek i zawołał rodzeństwo i kuzynostwo na przerwaną lekcję jazdy konnej. Przy hałaśliwym dopingu i pisku dziewcząt, odbyły się konne jazdy po ogrodzonym pastwisku, w wariantach: podwójnym, potrójnym i pojedynczym. Na końcu rundę, siedząc przed Sylwkiem, wykonał trzyletni Stasiu. Na samodzielną jazdę odważył się tylko mieszczuch Janek nawet kawałek przejechał kłusem, niezdarnie podskakując na grzbiecie Bułanki. - Nie będzie z ciebie kowboi ani wojownik indiański – posumowali Mikołaj z Sylwkiem na zakończenie jazdy. ...
niedziela, 03 września 2006
SZARAK
... Czmychający z koniczyny zając przerwał rozmowę o tajemniczym bunkrze. - Patrz! Tam jest mały zajączek! – Sylwek wskazał na szaro-brązową przyczajoną nieruchomą kulkę i dodał. Jest mój. Matka zajęczyca przestraszona brzękiem rowerów, uciekła, zostawiając swoje maleństwo. Nicponiowatość chłopców nie pozwoliła na pozostawienie zajączka w spokoju. - Zajdziesz od przodu i odwrócisz uwagę, ja zajdę go od tyłu – Sylwek zdjął koszulę, znał zwyczaje, zręczność i umiejętność zajęczego rodu. Takie maleństwo nie potrafi szybko biegać lecz potrafi robić błyskawiczne zwroty i uniki. Trzymając rozpostartą koszulę zbliżał się powoli od tyłu do przerażonego malucha. Rzut na zajączka. Pudło. Zwierzątko zrobiło kilka zwrotów i uników i zmęczone przyczaiło się kilkadziesiąt metrów dalej, w zagłębieniu ziemi, przekonane o swej niewidoczności. Sylwek wytarł zielone od trawy łokcie i kolana. Sztuka skradania się była nieobca chłopcom. Następny rzut i ciepła puszysta kulka z łomoczącym z przerażenia sercem, szamotała się w koszuli. - Głupi zającu nic ci nie zrobię. Będziesz sobie mieszkał w klatce w sadzie razem z królikami. Dostaniesz jedzenie i picie. Nie wiadomo dlaczego zajączkowi ta propozycja więziennego dobrobytu nie podobała się. Popiskiwał i szamotał się uwięziony w zawiązanej koszuli. Dotarli do domów. - Złapałem zająca – pochwalił się Sylwek ojcu. - To widać po zielonych kolanach i łokciach – zażartował ojciec. - Ale ja naprawdę złapałem zająca. Mam go w koszuli – pokazał. - Źle zrobiłeś synu, że zabrałeś malca od matki, teraz jest za późno by wpuścić go na wolność. Będziesz musiał troskliwie opiekować się by przeżył – powiedział ojciec oglądając maleństwo. W przydomowym sadzie, przy starej gruszy, obok drewnianego kurnika, stały piętrowe klatki królicze. Do obowiązków Sylwka należała opieka nad nimi, jak również nad gołębiami w gołębniku na strychu. W jednej klatce mieszkały samce, nie lubiły one maluchów i mogły im zrobić krzywdę. W innych matki z maleństwami a w jeszcze innych królicza młodzież. To były jego króliki. Remont klatek i wszystkie czynności związane z hodowlą wykonywał sam. Rodzice dyskretnie kontrolowali czy zwierzętom nie dzieje się krzywda, Jedna klatka była pusta. - Tu będziesz mieszkał Szaraku, tak będę cię nazywał – zamykając klatkę powiedział Sylwek. Przyniósł z domu w talerzyku świeżego mleka, narwał zajęczego przysmaku mleczu i koniczyny. Nałamał drobnych zielonych gałązek. Zające dbają o swoje zęby i czyszczą je obgryzając korę z drzewek i świeżych gałązek. Kończył się warmiński lipcowy dzień. Dzieciarnia rozsiadła się na schodach i pod lipami, strzegącymi wejścia na ganek z różnokolorowymi szybkami. Pałaszowali z apetytem kolację. W świeżym mleku z wieczornego udoju pływały gęsto czarne jagody. W rękach pajdy domowego chleba posmarowane właśnie ubitym świeżym masłem i milowym miodem, przełożone białym wiejskim serem. Pszczoła zbierająca nektar z lipowych kwiatów wyczuła zapach miodu i zbliżyła się niebezpiecznie do kromki kuzyna Janka. Janek znał zwyczaje warmińskich pszczół i spokojnie na wszelki wypadek skrył się w domu.. Sylwek kładąc się spać, myślał o minionym dniu. Co kryje tajemniczy bunkier? Czy Szarak potrafi samodzielnie jeść? O świcie następnego dnia. Sylwek pognał do sadu. Ucieszył się. Szarak zjadł trochę mleczu i ubyło mleka w talerzyku. Umie samodzielnie jeść, będzie żył. ...
wtorek, 29 sierpnia 2006
Przestrzelony krzyż
... Sylwek, pomagając ojcu w pracach gospodarczych, cały czas myślał o tym, co może kryć się za stalowymi drzwiami bunkra. W końcu miał wolne. Przypomniał sobie o wczorajszej umowie z Mikołajem. - Mogę pojechać z Mikołajem na Szulcową rozbitkę, on mówił, że papierówki nadają się do zrywania – zapytał ojca. - Dobrze tylko na dwie godziny. Czym była Szulcowa rozbitka? Wieś z jednej strony graniczyła się z ziemiami pegrowskimi. Z drugie aż pod las leżały porozrzucane pojedyncze gospodarstwa indywidualne, które przetrwały kolektywizację. Na polach pegerowskich po przedwojennych gospodarstwach pozostały tylko siedliska z dziczejącymi sadami i porosłymi chwastami ruinami domów i zabudowań. Miejscowi nazywali te miejsca rozbitkami. Po wojnie zabudowania, w większości gospodarstw, były w dobrym stanie, lecz socjalistyczna gospodarka pegerowska doprowadzała je do ruiny. Dwie takie rozbitki, nazwane nazwiskami dawnych właścicieli: Szulca i Frydrycha, krył jakieś tajemne historie powtarzane przez mieszkańców. Niektórzy zaklinali się, że widzieli nocą przemykającą i znikającą sylwetkę ducha, ubranego w coś przypominającego sutannę czy też długi szynel, podążał on, za zwyczaj, z rozbitek w kierunku przestrzelonego krzyża. Niesamowitość miejsc dodawał zaniedbany grób w sadzie rozbitki Szulcowej z drewnianym próchniejącym krzyżem. Starzy mieszkańcy opwiadali, że w grobie leży były właściciel Szulc zastrzelony przez sowieckich żołnierzy. Natomiast w zarośniętym sadzie Frydrychowej rozbitki, stał stary dwumetrowy kamienny krzyż. Z zatartego i pokrytego mchem gotyckiego napisu wywnioskować można było, że był zbudowany w dziewiętnastym wieku i poświęcony pamięci Frydrycha, wykute w cokole symbole mówiły, że był on księdzem lub pastorem. Dodatkowej niesamowitości dodawał stary krzyż przydrożny, w miejscu gdzie polne drogi z rozbitek łączyły się z drogą publiczną. Mosiężna figura Chrystusa była przestrzelona w okolica serca a w drzewcu krzyża był jeszcze dwa wloty pocisków. Powojenni osadnicy zastali te ślady w chwili przybycia na tą ziemie. Zastanawiali się jak doszło do takiej profanacji. Analizując: miejsce - w okolicach krzyża nie było śladów po okopach; układ śladów po pociskach – w jednej linii prostej; wydłubany pocisk pepeszy i inne szczegóły, doszli do wniosku, że do krzyża musiał świadomie oddać serię sowiecki żołnierz. Taka wersja o krzyżu krążyła w okolicy. Nazywano go „Przestrzelony Krzyż”. Sylwek zapamiętał słowa ojca, gdy przejeżdżali obok Przestrzelonego Krzyża: - Nie sądzę, by ten żołnierz, co to zrobił, dotarł do Berlina. Pewnie jego dusza krąży gdzieś po ziemi. Dwie rzeczy napawały lekiem dzieci w owym czasach: duchy i pioruny w czasie burzy, część dorosły również czuła respekt przed tymi zjawiskami, oczywiście dorośli, jak wydawało się dzieciom, bardziej bali się tylko „władz ludowej”. Na każdej rozbitce były sady przydomowe. Drzewa owocowe mają taką naturę, że rodzą owoce czy jest wojna czy pokój, czy kapitalizm czy socjalizm. Dzieci wiedziały, gdzie rosną i jakie mają owocowe. Ludność tych ziem nie utożsamiała się z państwem totalitarnym które nimi rządziło, te państwo było przeciw nim a nie dla nich, z tego faktu wynikał dekalogowy stosunek do wartości. Własność prywatna była dekalogowo chroniona, i nawet ustanawiane przez władzę prawa naruszające tą własność, moralnie uznawano za kradzież. Własność państwowa i tak zwana spółdzielcza: lasy, jeziora, i pgerowskie pola nie były, w moralności mieszkańców, dekalogowo chronione. Niechroniona była również własność poniemiecka, dopóki nie stała się prywatną. Owoce na rozbitkach były na ziemi pegerowskiej, więc niczyje. Każdy miał, prawo je zrywać. Dlatego rzadko udawało się im dotrwać do dojrzałości. Mikołaj i Sylwek mieli sposób. Zrywało się jabłka jeszcze niedojrzałe i kwaśne, nie nadające się do jedzenia. Chowało się je w pachnącym sianie w stodole, po pewnym czasie dojrzewały i był smaczniejsze niż dojrzałe prosto z drzew. Siano było również idealną spiżarnią dla dojrzałych jabłek z własnego sadu. Wyjęte w mroźne grudniowe i styczniowe dni były jędrne i soczyste jak gdyby zerwane przed chwilą prosto z drzewa, z dodatkowym aromatem suszonych ziół. Chłopcy sprawdzali, co pewien czas papierówkę na Szulcowej rozbitce. Czas na zrywanie jabłek. Lada dzień może ktoś uprzedzić. Sylwek wjechał rowerem na podwórze Mikołaja. - Dzień dobry. Czy Mikołaj może pojechać na Szulcową rozbitke? – spytał mamę Mikołaja krzątającą się na podwórzu. - Po co? – matki kontrolowały poczynania chłopców, nie byli oni aniołkami, i czasami interesowały ich niewypały i naboje których na tych ziemiach od wojny było pełno. - Chcemy nazrywać jabłek. - Dobrze. Mikołaj! Sylwek pryjechał! – zawołała. Mikołaj wybiegł z domu. Wsiadł na rower. - Jedziemy! Szulcowa rozbitka była blisko wsi. Dojeżdżając minęli pegerowski ciągnik gąsienicowy z zadartym z tyłu pługiem. - Zobacz co ten pegerowiec zrobił – Sylwek był oburzony. Przez środek rozbitkowego sadu biegły ślady stalowych gąsienic. Grobowy pagórek został zrównany z ziemią. Nadpróchniały krzyż leżał wciśnięty w trawę. Ich wpajana w szkole antyniemieckość mówiła: Co tam jakiś grób szkopa! W pobliskiej Ornecie widzieli jak się likwiduje stare poniemieckie cmentarze i na ich miejscu robi się place zabaw dla dzieci. Lecz wyniesiony z domu, szacunek dla krzyża i zmarłych nie godził się z tym. Podnieśli i ustawili krzyż. Po cichu, Sylwek po polsku, Mikołaj po ukraińsku, odmówili „Wieczny odpoczynek...”. Przy krążących miejscowych opowiadaniach o wdzianych zjawach i duchach, takie zabezpieczenie, było konieczne. Jabłka były kwaśne i cierpkie i wykrzywiały usta. Nie szkodzi. Siano zrobi swoje. Napełnili worki do połowy. - Starczy. Jedziemy! – zbezczeszczony szulcowy grób, nie dawał im spokoju. - Za młynem, w lesie trafiłem na zarośnięty bunkier – wracając oznajmił Sylwek. - Otwarty? - Właśnie, że nie. Ma oryginalne stalowe drzwi. Przysypane ziemią i starymi liśćmi. Zarośnięte chaszcze i trzęsawiska bronią dostępu. Wygląda na nie odwiedzany od wojny – dokończył sensacyjną wiadomość Sylwek. - Wtajemniczymy Sławka i Zygmunta i sprawdzimy czy niema tam skarbów albo broni – zapalił się do wyprawy Mikołaj. - Ale to w przyszłości, jak uda się nam urwać z domu. ...
środa, 23 sierpnia 2006
Spanie na sianie
... Zapach suchego siana, nie obmytego deszczem, wypełniał całą stodołę. Dwa sąsieki zapełnione były sianem i jeden snopkami żyta. Po aromatycznych bukietach ziół i samozasiewających się, nieskażonych nawozami sztucznymi i środkami chwastobójczymi traw Sylwek, po kilku latach mieszkania na wsi, potrafił określić, z jakiej łąki pochodzi zbiór. Jeden sąsiek z łąk nad jeziorkiem, przebijał lekko zapachem tatarakowej trawy rosnącej na torfowisku między łąką a jeziorkiem. Ta nie lubiana przez zwierzęta bylina, próbowała zdominować swym zapachem pozostałe. Drugi sąsiek to siano z łąk spod lasu, zapachowa kompozycja traw i ziół dawały jeden wspólny wonny bukiet. Na tym właśnie sąsieku, na rozłożonej pościeli, w lipcowe upalne noce, spał Sylwek z rodzeństwem i kuzynostwem spędzającym wakacje na wsi. Każdy mościł sobie posłanie w miękkim sianie. Ważne było by być dokładnie owiniętym prześcieradłem, chroniło to przed drapaniem suchej trawy. Czasami jakaś zabłąkana w trawie biedronka lub mrówka dotarła do ciała śpiącego. Chłopcy strzepywali i spali dalej. Dziewczęta piszczały. Spanie na sianie, było frajdą. W ciemności zapadającego zmroku, przez szpary w deskach ścian stodoły prześwitywały gwiazdy. Chłopcy straszyli dziewczęta opowiadaniami o strachach i duchach. Nagle! Przerażenie! Jakby na zawołanie dwa metry nad leżącymi, przemknął z lekkim szelestem powietrza, słabo widoczny w księżycowym prześwicie, cień, odbijający drobne białości i zniknął w otworze pod dachem. Pisk! - Wracamy do domu! – szczególnie przerażona była dzieciarnia z miasta. Sylwek odczekał chwilę, znał tajemniczego ducha. Gdy już sytuacja była nie do opanowania wyjaśnił. - To był puchacz. W drugim końcu stodoły na belce spędza dzień a w nocy udaje się na łowy. Nie lubi hałasu. Jeżeli się nie wypłoszył, to jutro wam pokaże. Wyciszający zapach siana powoli opanował wszystkich. Zapadli w spokojny sen. Dziwna sprawa - pomyślał zasypiając Sylwek - że tak miłą, jest woń zmarłych ziół i traw. Tak jakby wołały swym zapachem: „Są w nas jeszcze nasiona nowego życia. Ratuj je!” Zasnął. Z zarośli rozległ się gwizd trapera, „Skórzanej Pończochy”. Obudził się. To tylko był sen. Sen na sianie dawał rześkość i dobre samopoczucie. Gwizdnięcie spod stodoły: - Sylwek! Wstawaj! Zapomniałeś! Umawialiśmy się na ryby – wołał Mikołaj. - Chwileczkę już wstaję – chętnie by pospał w niedzielny poranek, lecz umowa jest umową. Zsunął się z siana. Słońce dopiero wzeszło. Będzie upalny dzień. O tej porze ciągnęło od pól i rozlewisk rześkim chłodem. Między morenowymi pagórkami bieliły się połacie mgły, nigdy nie wiedział czy mgła opada czy się podnosi. Nie potrafił rozróżnić. Dla niego zawsze pomału zanikała. Bocian już wcześniej rozpoczął dzień w gnieździe na stodole. Wrócił z żabiego polowania i klekotem dyscyplinował dwoje głodnych piskląt. Gniazdo bocianie na dachu w obejściu dawało poczucie przeciwpiorunowego bezpieczeństwa. Gospodarze często montowali na dachach koła od wozów jako propozycję fundamentów bocianiego domu. Jednak bociania para przyjmowała tylko niektóre propozycje i budowała gniazdo, do którego wracała, co roku. Gniazdo na dachu to pewność, że w ten dach nie uderzy piorun. Bociany również wróżyły, jakie będzie lato czy suche czy mokre. Na tej kapryśnej pagórkowej ziemi mokre lato to zalane uprawy w dolinach, a suche to wyschnięte gliniaste wzniesienia. Bociany potrafiły przewidzieć, mokre lato - to trzy pisklęta w gnieździe, gdy zapowiadała się susza, było jedne, pozostałe były wyrzucane przez rodziców z gniazda. Te okrutne dzieciobójstwo miało przyrodnicze uzasadnienie ilością zdobytego pożywienia. Obmycie się w zimnej wodzie prosto ze studni obudziło Sylwka do końca. Rodzice już krzątali się przy gospodarczym obrządku. W niedzielę wykonywano tylko prace elementarne takie jak dojenie krów pasących się w zagrodzie przydomowej. Karmienie drobiu i świń. W podziurawionej bańce zanurzonej w stawie pływały złapane dzień wcześniej karaski. W każdym stawie na tych terenach był karasie, nawet nowo wykopany staw po pewnym czasie sam się zarybiał. Sylwek z Mikołajem chcieli odkryć tą tajemnicę natury. Doszli do jednego wniosku, że to dzikie kaczki, i kurki wodne, żerując na prawie każdym stawie, przenoszą w jakiś sposób karasiową ikrę. Płotki i liny był wybredniejsze i trzeba było je wpuszczać do stawów i w nie każdym się zadomawiały. Pożytek z karasi był taki, że idealni nadawały się na „żywca”. Wystarczało wejść do stawu zamieszać wodę mułem od dna. Przeciągnąć siatką w mętnej wodzie i były karaski. Była jedna uciążliwość do nóg przyczepiały się pijawki i trzeba było je odrywać. Ale i z pijawek był pożytek o ile to były „ludzkie” a nie „końskie”. W Ornecie mieszkała pani Kuratko, która nimi leczyła bolące zęby i inne dolegliwości i dobrze za nie płaciła. - Mikołaj nakopałeś robaków? – zapytał Sylwek przekładając karasie z dziurawej do całej, napełnionej wodą, bańki. - Tak. Zobacz – otworzył metalową puszkę, w której wiły się wspaniałe tłuste dżdżownice. - Wrzucimy jedną śpiącym na sianie? - Dobrze. Dawaj jedną – po cichu otworzyli drzwi stodoły i największa dżdżownica łukiem wylądowała na śpiących po chwili dał się słyszeć pisk. - Uciekamy! Gdzie jedziemy? - Nad jeziorko Potorfowe na szczupaki. Patrząc na mapę Warmii, tu gdzie mieszkali w Miłkowie, nie dojrzysz niebieskich plamek jezior. Wiją się tylko cienkie błękitne strugi. Nie oznacza wcale, że ta okolica nie posiada zarybionych zbiorników wodnych. W okolicy na wędkowanie nadawały się: jezioro Potorfowe miało ono trudny dostęp otoczone było torfowym grzęzawiskiem z kępami traw, krzaków i wiecznie stojącymi kałużami. Tam się łapało, na żywca, szczupaki. Po przeciwnej stronie biegnącej obok polnej drogi leżało jeziorko zwane Pegeerowskie z jednej strony posiadało piaszczystą płyciznę z drugie opierało się o torfowiska. Obok była dzika żwirownia z której brano piasek do posypywania drogi w zimie. Tu na robak łapało się okonie i płotki. Niedaleko rozciągał się las na skraju, którego stał młyn wodny nad Drwęcą Warmińską. W rzece łapali nocą raki i miętusy. W połowie drogi zsiedli z rowerów. Brzęczące blachy rowerów i bańka z kraskami mogą zwrócić uwagę indora w mijanym gospodarstwie Olczaka. Te wstrętne ptaszysko nastroszywszy pióra z gulgotem atakowało, szczególnie dzieci. Udało się. Przeszli nie zauważeni. Dojechali. Zdradliwe grzęzawiska, otaczające jeziorko, broniło dostępu do wody. Chłopcy znali sposoby poruszania się po takim terenie. Zdjęli buty. Odwiązali od rowerów, trzymetrowe leszczynowe wędki. Wyczuwając bosymi nogami i wędziskami twarde podłoże dobrnęli do brzegu. Technika łapania była prosta. Zahaczało się kotwiczką za grzbiet karaskę i wrzucało do wody. Korek po winie spełniał rolę spławika. Spławik wolno poruszał się wożony przez „żywca”. Nagle znikł pod wodą. Podcięcie i balonem jak batem wyrzucenie szczupak za siebie. Pierwszy Sylwkowy, spadł z tyłu zrywając się z kotwiczki, między trawy do którejś z kałuż. Poszukiwania. Bezskuteczne. Trudno trzeba próbować dalej. Drugi poszedł łatwiej. Jest w torbie. Idealnie nadawały się do tego torby po gazmaskach kupionych od żołnierzy w Orneci. Cisza wyczekiwania na następne branie. Coś chlupnęło z tyłu w trawie. Sylwek obrócił się. Znowu chlupnięcie. Jest. To zerwany szczupak próbował wydostać z kałużowej pułapki, zdradzając swoje miejsce. Za chwilę znal się w torbie. Mikołaj zdążył już złapać trzy sztuki. Słońce zaczęło mocno przygrzewać szczupaki przestały brać. Sylwek spojrzał na słońce: - Już jest po dziewiątej jedziemy do domu – nie potrzebne były im zegarki potrafili określić czas na podstawie słońca z dokładnością do pól godziny. Powrót był z przygodami, indor nie przepuścił zaczął ścigać. Pedałowali po polnej drodze pozostawiając za sobą tumany kurzu. Udało się. Ostry dziób nie dosięgnąć gołych łydek. ...
niedziela, 21 maja 2006
Warmińskie jagodobranie I
Warmińskie jagodobranie przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych w Miłkowie
Po śniadaniu w lipcowy poranek, po obrządku w gospodarstwie, można było wyruszyć na jagody. Chwilowa przerwa w pracach polowych, zboża ozime już pod dachem w stodole a jare jeszcze niedojrzałe. Dzieciarnia uzbrojona w kubki wiaderka i metalowe bańki po przewodnictwem matki Jadwigi wyruszyła do lasu. Do jagodziarzy dołączyła kuzynka Lucyna, która trzy lata temu wróciła z Syberii. Była to pora czarnych jagód i malin. Mieszkańcy mieli swoje stałe miejsce gdzie wyprawa na jagodobranie zawsze kończyła się pełnymi wiadrami i dzbankami, czasami sporadycznie przyjeżdżali w te lasy mieszczuchy z Ornety i Lidzbarka Warmińskiego, nie odjeżdżali z pustymi rękami, lecz daleko im było do zbiorów tubylców. Oczywiście czarne jagody, maliny i poziomkowe polanki był w każdym lasku, ale nadawały się one do małego łasowania. Droga do poważnych terenów jagodowo malinowych biegła obok gospodarstwa Milów. Stary Mil Siłą przywieziono jego i jego rodzinę na tą warmińską ziemię. Zaprzyjaźnił się z przyrodą tej krainy. Potrafił korzystać z jej darów nie zawsze zgodnie z prawem. Gdy trzeba było wykastrować prosiaki, cielaki lub źrebaka, okoliczni chłopi zwracali się do niego. Usługi weterynarza były zbyt drogie. Stary Mil robił to za poczęstunek i miał szczęśliwą rękę. Potrafił leczyć ochwacone konie, wzdęcia u krów. Chętnie pomagał w świniobiciu. Szczególnym podziwem cieszył się u okolicznych dzieci z dwóch powodów. Oswojonego piżmaka, którego nosił za pazuchą i stosunkiem do psów. Nie było w okolicy psy, do którego by nie podszedł a pies nie uznałby jego władzy. Chłopi robili zakłady, wybierając zajadłe łańcuchowe brytany. Zawsze przegrywali. Mil podchodził pewnie do budy i brytan stawał się uległym barankiem. Nie było tajemnicą, ze kłusował w okolicznych lasach. Lecz nie można było go nazwać kłusownikiem, bardziej podglądaczem przyrody. Często przed wieczorem, szczególnie w okresie, gdy nie było prac polowych, można było zobaczyć z daleka, na morenowych pagórkach, jego charakterystyczną postać zmierzającą na noc do lasu. Ubrany był w długi luźny, stary płaszcz, z ręką w kieszeni a drugą przyłożoną na pierś na wysokości serca. Wtajemniczeni wiedzieli, że w ten sposób podtrzymuje ukryty pod płaszczem kbekas. Polował tylko by uzupełnić wyżywienie swojej licznej rodziny. Okoliczne lasy były pełne dzików, saren i jeleni. A w rozlicznych rozlewiskach, bagniskach i szuwarach kotłowały się dziesiątki kaczek, dzikich gęsi i innego wodnego ptactwa. Po polach śmigały zające i kuropatwy. Jego działalności nie zagrażała naturze wprost przeciwnie w czasie swoich nocnych wędrówek, likwidował wnyki i bezlitosne żelaza zastawiane przez bezmyślnych kłusowników. W tamtych czasach, w tamtym miejscu nie wypadało pytać gdzie uczył się tajemnic przyrody czy w stepowych jarach Ukrainy, czy też w lasach Bieszczad. Czy nie donoszono na niego? Pewnie tak. Wszak w tej mieszaninie ludzi bez „życiorysów”, zdarzali się ludzie źli i zawistni. Lecz stary Mil miał swoje układy. Legalni myśliwi chcący mieć udane polowanie zajeżdżali do niego a on wskazywał miejsca gdzie można zasadzić się na dzika, jelenia. Na jakim bagnisku są kaczki. Zimową porą, z jakich zagajników można wypłoszyć zające. Minąwszy gospodarstwo Milów, jagodziarze szli dalej przez most obok młyna wodnego. Za nim rozciągał się kompleks lasu iglastego z mieszaniną drzew liściastych. Sylwek nie cierpiał zbierania czarnych jagód, uważał, że to babskie zajęcie. Skoro musiał to wolał zbierać maliny nie trzeba przy tym się zginać. - Tu zbieramy – powiedziała matka wybierając porośnięte jagodowym runem poszycie starego sosnowego lasu. - Nie oddalać się! Uważać na żmije i węże. Nie siadać na ziemi. Każdy musi widzieć cały czas dwie osoby. Ruszyło zbieranie. Kto prędzej uzbiera pełen kubek i wyspie do wiaderka? Miejskie kuzynostwo więcej wkłada do ust niż do kubka wkrótce wszyscy mają czarne języki i upaćkane jagodami buzie. Pokrzykiwania wypłoszyły borsuka. Śmignął do nory na skarpie. Sylwek jest ponad tym hałaśliwym drobiazgiem. Potrafi sam poruszać się po lesie. Zdarzało się, że we wcześniejszych wyprawach odwróciły mu się strony świata. Ale słońce i mech na drzewach doprowadzały do rzeki, a od rzeki zawsze trafił do domu. Maliniak gęsto porastał pobliskie leśne pagórki i rowy. Soczyste pachnące maliny starały się ukryć po liśćmi, przepełnione warmińskim słońcem i wilgocią lasu. Od kilku tygodni nie padał deszcz, więc nie były opite niepotrzebną wodą. Rozpuszczały się w ustach malinową słodyczą. Delikatnie rozchylał łodygi by nie strząsnąć najbardziej dojrzałe na mech. Należało wybrać tylko te, których nie zaatakowały robaki. Zbierano na potrzeby rodziny. Czasami zbierano do punktu skupu by mieć pieniądze na własne potrzeby. Oni przyjmowali z robalami, więc zbierało się jak leci. Po godzinie dwulitrowa bańka na pasku była pełna. Wysypał do wiadra. Warmińskie jagodobranie II
Duch Tajgi- Lucyna jak ty to robisz, że tak szybko zbierasz maliny? – zapytał widząc w jej wiadrze dwa razy tyle. - To syberyjska wprawa. Tylko tam trzeba było uważać na Ducha Tajgi. - Co ty mówisz? – zapytał zaciekawiony. - Tajga była bogata w maliny. Zbierane przez mieszkańców runo leśne i robione z nich przetwory pomagały pokonać głód i przetrwać. Lecz właścicielem zarośli malinowych jak wszystkiego co w niej żyło, był mieszkaniec tajgi z wyboru a nie z przymusu – Duch Tajgi. Stosował różne sposoby by wypłoszyć zbieraczy bez pokazywania się im. - Jakie sposoby? Ładujesz. Podaj przykład? - Wybraliśmy się na maliny całą grupą głównie dzieci i kilka starszych niepracujących kobiet. Przed nami duże zbocze tajgi łagodnie schodzące w dół ku rzece porośnięte gęstym dużym maliniakiem. Uzbierane pełne wiadra pozostawiliśmy by je zabrać w drodze powrotnej. Zbierając grupa schodziła w dół do rzeki. Nagle gwar zbieraczy przerwał brzęk lecącego z góry pustego wiadra. Po chwili wystrzeliło z gęstych krzaków w kierunku oniemiałych i przerażonych Sybiraków drugie wiadro. Po pierwszym zaskoczeniu ciszę tajgi przerwał krzyk wszystkich gardeł. Z miejsce gdzie stały przedtem wiadra widać było jak poruszają się krzaki w głąb lasu. Musieliśmy wrócić po trzecie wiadro. - To na pewno jakiś syberyjski chuligan albo złodziej zabrał wasze malin. - W promieniu kilku kilometrów nie było ludzi. Tam nie było złodziei. Nawet nikt nie zamykał domów na klucze. - To kto to był? – niecierpliwił się Sylwek. - W miejscu gdzie zostawiliśmy trzy pełne wiadra malin zastaliśmy pozostałe puste, trochę wyspanych pogniecionych, połamane krzewy i duże ślady łap niedźwiedzich. Stare kobiety mówił, ze to miszka zjadł nasze maliny i rzucaniem wiader chciał nas przegonić. Dzieci wiedział jednak swoje. Duch Tajgi przebrany za niedźwiedzia nie życzył by zbierano jego maliny. – zakończyła z tajemniczym uśmiechem Lucyna. Sylwek zbierając zastanawiał się co ten uśmieszek miał oznaczać. Następny pagórek to trzymetrowe wzniesienie porośnięte malinami i pojedynczymi drzewami. Dotarł do wierzchołka i o mało nie spadł dwa metry w dół. Pagórek z tej strony urywał się nagle. Sylwek zobaczył betonową ścianę bunkra z lukiem strzelniczym i grubymi stalowymi drzwiami. Ten bunkier był jemu i kolego nieznany. Ślady wojny na tych ziemiach były, piętnaście lat po jej zakończeniu, jeszcze widoczne. Ziemia naszpikowana niewypałami i amunicją. Chłopcy wiedzieli gdzie były okopy sowieckie gdzie bunkry i umocnienia niemiecki. Bunkrów w okolicznych lasach było dużo, w niektórych można było naliczyć do dwudziestu pomieszczeń. Tu rozpoczynała się linia obronna kwatery Hitlera w Kętrzynie. Spróbował otworzyć grube stalowe drzwi. Nie puściły. Trzeba zapamiętać miejsce i kiedyś wrócić z kolegami. - Wracamy do domu – zawołała mama, gdy wiaderka i bańki były zapełnione czarnymi jagodami i malinami. Ruszył pochód w powrotną drogę. Sylwek szedł na końcu wyobrażając, co się kryje za stalowymi drzwiami. Może nikt tego miejsce nie odwiedził od wojny? Większości bunkrów była znana leśnikom i wojsku, służyła na różne magazyny. Lecz ten obrośnięty ze wszystkich stron, z zardzewiałymi zawiasami, może został nie zauważony. Przed wejściem na most przy młynie, na rzecznej płyciźnie, matka pozwoliła dzieciakom wykąpać się. Rzeka płynęła w zielonym tunelu bujnych drzew. Woda osłonięta od letniego słońca była lodowato zimna. Klarowna czystość pokazywała dno, ze śmigającym drobnym narybkiem. Po zamoczeniu się, dzieciaki, szybko wyskakiwały z wody z piskiem, ochlapując się mokrą zimnością na wzajem. Raki- Chcecie zobaczyć jak się łapie raki? – zapytał Sylwek - Przecież tu niema raków, nie widać na dnie i w wodzie. - Zaraz zobaczycie. Na brzegu rzeki rosły stare drzewa, których cześć poplątanych korzeni znajdowała się w wodzie, a część wczepiała się w twardość brzegu, chroniąc je przed podmycie, przy różnych stanach wody. Ta wodna ciemność korzeniastych kryjówek, by miejscem dziennego schronienia raków. Sylwek zdjął koszulę i wszedł do wody. Wybrał jedne kłębowisko korzeni. Wsadził rękę. Obmacując palcami, ciasne, mokre, zakamarki, trzeba wyczuć ostre wąsy lub szczypce. Raki są nastawione pokojowo, gdy się je dotknie cofają się głębiej. Jest! Złapał za szczypce, szybko wyszarpując raka z nory. Bezpieczna taktyka polega na sprawnym wyrzuceniu raka na brzeg. Przy ślamazarnej akcji, rak zdąży użyć szczypców, a chwyt ma mocny. Tym razem w dłoni pozostała para szczypców. Zbyt mocno rak był zaplątany w drobne korzenie drzewa i wodnych roślin. Następne drzewo. Pusto. Przy trzecim udało się wyrzucić dwa mniejsze i jednego dużego. - Kto chce nauczyć się bezpiecznie trzymać raka? Dziewczęta zrezygnowały. Miejski kuzyn Janek zdobył się na odwagę. - Patrz! Trzeba palcami złapać od góry za pancerz odwłoka – złapał największego i uniósł do góry. Rak zaczął wywijać szczypcami, lecz nie mógł dosięgnąć trzymającej go ręki. Janek niepewnie, naśladując Sylwka uniósł raka. Udało się. Czuł się jak bohater. Podbiegł do dziewcząt. Przestraszone z piskiem uciekły. - Wyrzućcie te raki do wody. Idziemy do domu – poleciła mama Jadwiga. MiódRodzeństwo dotarło do zabudowań Mila. Z drugiej strony domu Mil podbierał miód z pasieki w sadzie, bez siatki na głowie, gołymi rękami, miał do pomocy tylko dymarkę dymiącą wierzbowym próchnem. Pszczoły go nie żądliły. Gdy którą przypadkowo przygniótł i użądliła, to było normalnością u mieszkańców tych terenów. Wciągało się żądło i po problemie. Żal było pszczoły, bo umierała. - Pani Jadwigo niech pani zajdzie z dziećmi na chwilę przed dom – zaprosiła Milowa pomagającą mężowi w wirowaniu miodu. Rozsiedli się przy stole, na ławkach, pod starą jabłonią w bezpiecznej odległości od pasieki. Gospodyni przyniosła w dzbanku złocisty świeży miód. Wlała do głębokiego talerza. Przyniosła bochen białego chleba. Gdybyś próbował wszystkie chleby świata, nie dorównają one smakiem chlebom warmińskim końca lat pięćdziesiątych. Były dwa gatunki, pieczonych w domowych piecach, opalanych drewnem liściastym. Biały pszenny. Tajemnicę jego wypieku przywiozły ukraińskie gospodynie. Pieczony z własnej mąki mielonej w młynie wodnym. Wspaniale nadawał się do dżemów, powideł, miodu i innych słodkości. Chleb żytni, trochę ciemniejszy niż pszenny. Wypiekany przez gospodynie z Wileńszczyzny, z własnej mąki żytniej. O miękkiej brązowej skórce, trzymający przez kilka dni miękkość i świeżość. O nie powtarzanym smaku w jedzeniu, posmarowany masłem własnego wyrobu, z mięsami i wędzonymi wędlinami. W domach w chłodnym miejscu stały drewniane dzieże z pozostawionym tajemnym zaczynem. - Częstujcie się – powiedziała Milowa krojąc pajdy białego chleba. Las wygłodził jagodziarzy, więc chętnie łyżką polewali miód na chleb. Choćby nie wiem jak ostrożnie to robili, wkrótce pomalowane jagodami czarne palce, kleiły się lepką słodkoscią. Samotna pszczoła wyczuła zapach miodu i zbliżyła się niebezpiecznie do kromki kuzynki Ani z miasta. Nieświadoma pszczelich zwyczajów Ania zaczęła nerwowo machać rękami, piszczeć i podskakiwać. Takiego nieprzyjaznego traktowania, żadna warmińska pszczoła nie zniesie. Nastąpił atak na upaćkaną miodem brodę Ani. Sylwek szybko wciągnął żądło i poradził przemyć miejsce chłodną wodą. Przy studni z żurawiem, w drewnianym korycie do pojenia krów, obmyli ręce i buzie. Podziękowali pozostawiając kopiasty talerz jagód. Po południowym obrządku i obiedzie przystąpiono do sporządzania jagodowych przysmaków na zimę. Przebrane i umyte maliny, wsypano do dużych słoi i zasypano cukrem podobnie z zrobiono z częścią czarnych jagód. Słoje przykryte obwiązanym białymi płótnem ustawiono w słonecznym miejscu na oknie. Przechodząc w tym okresie przez wieś można było zobaczyć w oknach takie słoje, wypełnione jagodowymi, jeżynowym, malinowymi i wiśniowymi kolorami. W ciągu kilku dni jagodowe owoce puszczały sok wypełniając pomieszczenie aromatem. W słoju tworzyły się warstwy: u dołu klarownego soku u góry owoców. Delikatnie zlewano sok i po pasteryzacji wędrował do spiżarni. Z owoców przygotowywano dżemy i powidła.
sobota, 13 maja 2006
Kozak w Kaszunach część I
Piaszczysta droga, z iglastego, pachnącego kościelnym kadzidłem lasku, doprowadzała do otwartej przestrzeni. Rowerzysta ujrzał, usłyszał i poczuł, zapach nowego oddechu, warmińskiej normalności. Zanurzony w tej naturze od dzieciństwa, nie analizował akademicko rozumianego pojęcia piękna krajobrazu. Lecz często był zaskakiwany tym, co nazywał widokami tworzonymi przez pory roku i przyrodę. Nie widział w tym nic nadzwyczajnego. Nie opuszczał tej krainy. Pożerane dziesiątkami książki, przygodowe i podróżnicze, tworzyły obrazy wyobraźni w osnowie tej ziemi. Mylnie sądził, że dalekie, literackie światy muszą być piękniejsze. Brzęk roweru spłoszył zaskrońca wygrzewającego się na środku piaszczystej drogi. Rowerzysta przyspieszył. Łatwo pomylić zaskrońca ze żmiją. Na ścieżce, wydeptanej w stronę zagajnika, mignęła sylwetka starego Mila. Była letnia niedzielna, przedwieczorna pora. Wieś Kaszuny wcinała się w skraj dużego kompleksu warmińskich lasów, nieopodal Drwęcy Warmińskiej. Kilka szarych gospodarstw rozrzuconych wśród poletek. Widok nie skarżony nawet liniami elektrycznymi. Jedyny dźwiękiem, dziełem człowieka, był dzwon kościoła z odległego o kilka kilometrów Babiaka, przypominający istnienie Boga. Przebijał się przez brzęczenie trzmieli i pszczół, świerszczenie i cykanie „koników polnych”, rechotanie przedburzowe stawów i ptasiego śpiewu lasu. W dzień roboczy tą dziewiczą harmonię dźwięków, naruszałby od czasu do czasu warkot traktorów z pobliskiego PGR-u. W niedzielę natura czuła się nieskalana. Dojechał do zabudowań gospodarczych na skraju wsi. Przed domem, na prymitywnej ławce, oparta o ścianę, wygrzewała się w słońcu stara Dubrowa - Dzień dobry. Czy mogę zostawić u pani rower? - Poszczo Ty tut pryjichał? – odpowiedziała pytaniem na pytanie. - Potańcówka w remizie. Jak z rowerem? – Powtórzył pytanie. - Postaw. Wdowa Dubrowa była „instytucją porządku moralnego wsi”. W największy nawet upał ubrana na czarno. Spódnica do kostek. Bluzka musiała mieć długie rękawy. Grzechem było odsłanianie ciała. Na głowie, założona w charakterystyczny sposób, chusta w tradycyjne ukraińskie ślimaki, osłaniająca czoło. Pomimo, że jej uwagi nie zawsze przypadały do gustu, szczególnie młodzieży, jednak nikt nie śmiał dyskutować, szanując jej wiek i wdowieństwo. W letnie i wiosenne dni siadywała na ławeczce i patrzyła na las rozciągający się na pagórkach za wsią, zmieniający kolory pór roku, niczym na połoninie. Równocześnie nie uszło jej uwagi, co działo się we wsi. Właśnie drogą obok przechodziły matka z dwoma córkami: Weroniką i Olą. Weronika studentka, Ola zdała egzamin do ogólniaka w Ornecie – to właśnie jej czarne oczy i długi warkocz był powodem podróży rowerowej Sylwka. Dziewczęta ubrane w spódnice do kolan i bluzki bez rękaw z dekoltami pozwalającymi warmińskiemu słońcu uwypuklić piękno młodości. - Pani – zwróciła się do matki, zgorszona widokiem lekko okrytych „grzesznych ciał”. – Czy pani nie ma pieniędzy by kupić wystarczającą ilość materiału na normalny ubiór dla córek? - No wie pani, jaka jest teraz młodzież – nieporadnie usprawiedliwiała się matka dziewcząt. - To grzech, zgorszenie i obraza boska, by tak ubierały się panny – autorytatywnie stwierdzała Dubrowa. To, co nosiło nazwę „remiza” było izbą o wymiarach sześć na sześć metrów z parami okien po przeciwnych stronach i wyjściem wprost na trawiaste podwórze z rozłożystą pachnącą lipą. Obok studnia ze skrzypiącą starą ręczną pompą z zawieszonym metalowym kubkiem. Nic bardziej nie gasiło pragnienia, nic bardziej nie odświeżało twarzy w letnią spiekotę, niż krystalicznie czysta i lodowata woda z takiej warmińskiej studni. Po całodziennej pracy przy żniwach przyjemnie było wiadrem takiej wody zmyć z ciała kurz i pot i odsłonić młodzieńczą opaleniznę, której warmińskie słońce nie skąpiło. Z tyłu pięćdziesiąt metrów za remizą swój początek brał kompleks leśny. Wydawało się, że niema końca. Przed remizą i wewnątrz panował ruch, panny i kawalerowie przygotowywali potańcówkę. Drewnianą podłogę zamieciono brzozowymi miotłami i skropiono wodą z pompy. Pod sufitem zawieszono dużą lampę naftową. Przycięto knot. Przetarto szkło. Napełniono naftą. Gdy się ściemni wystarczy tylko zapalić. Kawalerowie zrobili zrzutkę na akordeonistę i bębnistę. Był taki we wsi, znany w okolicy, jednonogi Szymon właściciel harmonii pedałowej. Odkąd przyszła moda na zatrudnianie, do grania na zabawach wiejskich z bufetami, fałszujących zespołów z miasta, grających twisty i „rokendrole”, samorodny talent Szymona można było usłyszeć tylko na zabawach szkolnych i niedzielnych potańcówkach. Ze względu na ułomność Szymona jeden z dzieciaków musiał wspomagać grajka pedałując miechami instrumentu. Władza ludowa „robotniczo-chłopska” zaczynała osiągać swój socjalistyczny sukces wychowawczy. Dorastające pokolenie powojenne, zrodzone na tej ziemi, wstydziło się swoich ukraińskich, wileńskich i kresowych korzeni. Nietaktem i w złym tonie było mówić gwarą lub po ukraińsku na publicznych imprezach i w publicznych miejscach. Nietaktem i w złym tonie było śpiewanie pieśni ludowych ukraińskich i kresowych. W latach sześćdziesiątych władze próbowały promować pamięć Warmiaków i Mazurów okresu przedwojennego o polskich-mazurskich i polsko-warmińskich korzeniach. Lecz dla obecnych mieszkańców były to historyczno-propagandowe ciekawostki a nie ich emocjonalna ciągłości kulturowa. Kotłowało się w duszach i umysłach ludzi, te świadome i nieświadome poczucie niesprawiedliwości. Wybuchało sprowokowane byle, jaką wódką, byle, jakim winem, byle, jakim piwem, na zabawach ludowych. Szły w ruch sztachety, kołki a nawet w skrajnych wypadkach noże. Podziały walczących grup określane narodowościowo, regionalnie lub inne, zacierały prawdziwe powody agresji. Kozak w Kaszunach część I I
Potańcówki był wieczorkami tanecznymi o charakterze zamkniętym, organizowane zazwyczaj w prywatnych domach gdzie były duże izby. Nie oznaczało to, że nie mógł bawić się tam młodzieniec lub panna przybyła bez zaproszenia. Nie pozwalano na zabawy osobom skłonnym do bijatyk i pijanym. Prawo prywatności pozwalało na to. Taką negatywną opinię mieli głównie mieszkańcy i pracownicy pobliskiego PGR-u. Stwierdzenie, karcącego ojca lub matki: - Jak nie będziesz się uczył i nie słuchał ojca i matki, to skończysz w pegeerze – było najgorszą wizją przyszłości. Potańcówka w remizie w Kaszunach była w sali ogólnodostępnej, jednak nie niosło zagrożenia zjawienia się osób niemile widzianych. Kulawy Szymon usadowił się na krześle. Przed nim ustawiono pedałówkę na szerokich miechowatych nogach, połączonych z instrumentem sztywną rurą, niczym brakującą nogą. Przez pierwsze pięć tańców pomoc w pedałowaniu przypadła dziesięcioletniemu Jędrkowi, siedzącemu twarzą w twarz z muzykantem. Obok Władek sprawdzał naciągi skóry bębna, pamiętającego okres przedwojenny. W lewej ręce trzymał metalowy talerz, w prawej krótką buławę. Młodzież, poznała już smak „kultury miejskiej”. Szeptała złośliwe uwagi, wolałaby się bawić się przy adapterze „Bambino” z melodiami Stanek, Majdaniec. Lecz był problem, w Kaszunach nie było elektryczności i musieli pogodzić się z wsiowym graniem. - Pedałuj – rzucił Szymon do Jędrka. Rozdarł się pierwszymi przypadkowymi nutami i basami, akordeon. Poskromione palcami nuty zaczęły układać w wiązankę melodii. Przez otwarte drzwi i okna rozpełzały się, tuż przy ziemi, przygniecione ciężkim przedburzowym powietrzem. Cięły opór natury, odbijały się od ściany lasu. Płynęły. Niemodne dla młodzieży i dzieci. Przeciskały się między zabudowaniami rozrzuconych gospodarstw. Momentami wołały wspomnieniami wypływającymi, że stepowych jarów Ukrainy, szemrały ruczajami z rojstów Wileńszczyzny, to znów tkliwym płaczem strug i potoków płynących obok bieszczadzkich cerkiewek, drapały tęsknotą czupryniastych mazowieckich wierzb. Młodzież ucichła. Niezrozumiali, lecz czuli duszą swych rodziców i przyrodą miejsca, piękno chwili. Jeszcze nieświadomi, że to jest właśnie ich wrastanie w tą ziemię. Rozpoczęły się tańce. Sylwek czekał. Powód jego obecności – Ola jeszcze nie przyszła. Mijając na drodze, jej spojrzenie mówiło mu, że nie jest obojętny. Serce zabiło mocniej. Jest. Letnia powiewna sukienka w delikatne kwiaty okrywała, młodość. Takie dziewczęta, pełnoletni kawalerowie nazywali „połóweczkami” już nie dziecko, lecz jeszcze nie panna, ot takie pół dziecko, pół panna. Sylwek nie mógł oficjalnie adorować. Czujne oczy obecnych matron, rejestrowały zachowanie bawiących się. Częstsze tańce z tą samą osobą. Rozmowy i szepty sam na sam w rogu izby lub przed domem, mogły narazić Olę na plotki i pomówienia. Rodzice kontrolowali rodzące się uczucia swych dorastających dzieci i starali się by zawiązywały się one między ich ziomkami, pozwalało to na kultywowanie w rodzinie: mowy, tradycji i zwyczajów ich przodków. Po morderczym oberku, zjajane i łapiące oddech, dziewczęta rozsiadły się pod ścianami, chłopcy wyszli przed remizę. Słychać było dalekie dudnienie burzowe, nieba. Może przejdzie bokiem. Żyto już w stodołach. Pszenica jeszcze dojrzewa w pachnących mendlach na polach. Ulewa nie powinna zaszkodzić zbiorom, lecz może utrudnić zwózkę i mąka na biały pszenny chleb będzie gorsza. Stwarza jednak zagrożenie stojącymi na pniu łanom owsa i jęczmienia. Silna ulewa zdolna jest położyć pokotem ciężkie dojrzałe kłosy, już nie podniosą się same. Tylko kosą można będzie skosić zrośnięte zboże. Do Szymona podszedł ponad czterdziestko letni Sławopas. Sylwek znał go dobrze często bawił się z jego dziećmi. Sławopas, jak większość mieszkańców tych okolic, był Ukraińcem. Walczył w kampanii wrześniowej w wojsku polskim. Trafił do niewoli niemieckie. Przydzielono do pracy u bauera w sąsiedniej wsi. Po wojnie trafił z powrotem na warmińską ziemię. Gospodarzył. Obejście wyróżniało się porządkiem i czystością. Można było poznać jego pole z mendlami z żętego żyta stojącymi równo w szeregu przykryte snopowymi czapami. Każdy kłos wyzbierany z rżyska. Sylwek lubił słuchać jego opowieści o zwyczajach i kulturze na ukraińskich kresach. O zwyczajach i kulturze Warmiaków mieszkających przed wojną na tych ziemiach. O kampanii wrześniowej. - Czy zagrasz? – Zaczął nucić. - Spróbuję. Czy możecie powtórzyć Andrzeju? – Odpowiedział Szymon. Przez kilka minut trwało ustalanie tonów i nut. Ustalono rytm bębna. Samorodny talent muzyczny Szymona ujawnił w pełny swój kunszt i izbę opanowała taneczna melodia, stepowego kozaka. Sławopas podwinął rękawy białej niedzielnej koszuli. Ukłonił się dość jędrnej gospodyni. Zarzuciła chustę na ramiona i trzymając jej końce w otwartych ramionach wyszła tanecznym krokiem na środek. Młodzież zdegustowana przerwą w ich tańcach, nie przejawiała zbytniego zainteresowania, osobnikiem w sile wiek z podwiniętymi rękawami, i o nie tanecznych kształtach, kobietą. - Ot starym odbiło. Ruszyli. Głuche, mocne uderzenie bębna, na przemian z dźwięcznym odgłosem talerzy, nadawało rytm. Łaskocząc serce, wołanie akordeonu, zaczęło powoli zniewalać obecnych, przymuszając do uwagi. Powoli z dość obfitego ciała niewiasty zaczęła wyłaniać się taneczna lekkość, dawnej stepowej dziewczyny. Ni to zalotnie umyka, ni to wabi powiewaniem chusty, ni to prowokuje ruchami ciała mówiącymi: - Pokaż Jędruchu, co z Ciebie za kozak? On płynnym krokiem podążał za nią, zataczając w izbie kręgi. Przyspieszał zgodnie z narastającym rytmem instrumentów. On ją ścigał, ona uciekała, poprzez tęsknotę stepowej równiny, poprzez niezapomniane bieszczadzkie potoki, poprzez rumowiska skalne. Spełniła swoją rolę. Sprowokowała kozacką duszę do tanecznego wybuch. Sama została na drugim planie, stojąc z boku kołysząc się w rytm melodii. On gnał na koniu poprzez wspomnienie swojej ukraińskiej ojczyzny, poprzez żal, że musiał ją opuścić, poprzez gniew i bunt, który kotłował się w jego duszy i umyśle. Eksplodowały te namiętności w figurach tanecznych, przerywających ten galop, przez wspomnienia swej tożsamości. W jego rękach kij, od brzozowej miotły, przekształcił się w krzywą kozacką szablę, gdy trzymając ja oburącz skakał przez nią, niczym na koniu przez płoty chutoru. Gnał dalej by zebrać siły do następnej tanecznej figury. Uczestnicy potańcówki zamilkli, stali pod ścianami pozostawiając jak największą przestrzeń tańczącemu. Dorośli podążali wspomnieniami za tańczącym. Młodzież, której zaszczepione wirusy „socjalistycznej świadomości” nakazywały mieć w pogardzie te zacofanie, swymi genami czuli jednak niesamowitość tego tańca. Sylwek pomimo swych wileńskich genów, również to odczuwał. Nie rozumiał tego i nie był świadomy, że w ciągu swego życia, zobaczy nie raz tańczonego kozaka, nawet przez zespoły renomy światowej, lecz nigdy nie odczuje takiego nie zapomnianego czegoś, jak w tej remizie. Tym bardziej, że obok czuł ciepły dotyk stojącej obok Oli. Taniec trwał. Wykształtowane ciężką pracą mięśnie tancerza, pociemniałe od warmińskiego słońca, pokryły się kropelkami potu, przydając opaleniźnie naturalnego piękną. Skąd w nim tyle energii? Zastanawiał się Sylwek, gdy tancerz w prysiudach wyrzucał nogi do przodu pokonując przeszkody, dziedziczonych kozackich losów. Wyrwał się z krzaków i zarośli jaru na stepową równinę. Chwila oddechu. Dwa okrążenia po deskowej podłodze. Zachmurzone niebo uniosło stepową płaszczyznę ku górze, zbliżając ją ku niebu. Akordeon zaśpiewał przedburzowym stepowym wiatrem, drapiąc ukraińskie serce do bólu. Oparł swe wyprostowane ciało z jednej stronie na ręce, z drugiej na końcach nóg o podłogę i niczym gnana wiatrem, stepowa, wyschnięta, kępa suchego burzanu, przeturlał się po izbie, tam i z powrotem, naśladując leżący wiatrak. Znowu kilka tanecznych okrążeń izby dla nabrania sił. Pot spływał po twarzy, mokra koszula przylegała do ciała ukazując naprężone mięśnie. Zerwał z głowy nie istniejącą czapkę i rzucił nią o ziemię. Odkryta głowa to symbol kozackiego buntu i wolności. Rytm bębna nabierał szaleńczego tempa, Szymon przebierał palcami po klawiaturze ostatkiem sił. Tancerz przykucnął, wsparty z przodu na dłoniach. Wyciągnął prawą nogę w bok i zaczął nią zataczać pod sobą koła, unosząc na przemian ręce i drugą nogę. W tym tanecznym buncie dusza bezgłośnie wołała „Z tego kręgu wewnętrznej wolności nikt mnie nie usunie”. Nagły błysk, trzask i potężny huk zatrząsł przestrzenią za oknem remizy, rozświetlając na moment izbę. Przerażona Ola odruchowo przytuliła się do ramieniem do Sylwka. Dyskretnie złapał ją za dłoń. Czuł ciepło jej ciała i słyszał przestraszone serce. - Nie bój się. To tylko burza – uspokoił, pomimo, że sam był lekko przestraszony. Uczestnicy potańcówki zaabsorbowani tanecznymi wyczynami, Jędrucha i rytmem bębna nie zauważyli, że burza na dobre rozszalała się nad Kaszunami. Uderzenie pioruna w lipę przed remizą wyłupało od góry do ziemi potężną drzazgę. Warmińskie burze są nieprzewidywalne. Szczególnie w tych okolicach. Przed piorunami nie ma ucieczki. Co pewien czas, okolice obiega wieść o porażeniach piorunem. A to nieostrożny rolnik wracający z pola z kosą na ramieniu, a to kobieta, która schroniła się, przed deszczem, pod samotnym drzewem. Nie pomagały zapalone gromnice w oknach. Burza nie mogąca dopaść ofiar w odkrytej przestrzeni, trzaskała kulistymi piorunami poprzez przewody kominowe robiąc spustoszenie w izbach...
poniedziałek, 01 maja 2006
Morski parweniusz śledź ulik.
Warmia i Mazury. Nasze zmysły odtwarzają w wyobraźni powiew znad jezior i czysty oddech lasów. Same wspomnienia relaksują. Jednak tak naprawdę mało kto wie, gdzie jest Warmia. Zielonym, zdrowym sercem tej małej krainy jest trójkąt między Lidzbarkiem Warmińskim, Ornetą i Dobrym Miastem. Zaniedbany przez ludzi, zapomniany przez wielki świat, zagospodarowany przez przyrodę. Im bardziej poznajesz obce kraje i kontynenty, tym bardziej ten punkt na mapie świata pięknieje. Kto miał tyle szczęścia w życiu i mógł wędrować lub mieszkać na tej ziemi pod koniec lat pięćdziesiątych, ten zauważyłby różnorodność kultury życia ludzi wtopionych w naturę. Przemierzając pierwsze wytyczone szlaki turystyczne, wiodące polnymi drogami i duktami leśnymi, podziwiałeś stare młyny wodne, strumienie z krystaliczną wodą, wsie ukryte w leśnych odstępach gdzie nie ma elektryczności. Szukając ochłody w skwarne, letnie południe mogłeś odpocząć w otwartych wiejskich kościołach. Mijając furmanki, turkoczące swymi żelaznymi obręczami drewnianych kół po „kocich łbach”, nie musiałeś być wnikliwym obserwatorem, by określić, kim był właściciel wozu. Zaprzęg w zadbane, wspaniałe konie - to na pewno Ukrainiec ze swą wrodzoną kozacką miłością do koni. Zaprzęg w jednego konia w dwa dyszle, z drewnianym pałąkiem nad grzbietem, zwanym „duha” to „Wilniuk”, jeden dyszel i jeden koń to „Centralak”(centralna Polska). Wędrujące cygańskie tabory zaciekawiały swym kolorytem. Lud tej ziemi, w pojęciu cywilizacyjnym, żył biednie. Natura próbowała mu to wynagrodzić swymi darami. Lasy były pełne czarnych jagód, malin, jeżyn, poziomek, grzybów i orzechów laskowych. W małych jeziorach i rzekach mogłeś wędką z kija leszczynowego i korka od butelki złapać szczupaka, okonia, węgorza lub miętusa. Nocą, przy świetle latarki łapałeś raki. Wszędobylski śledz solony. W większych wsiach były sklepy „GS”, w których w jednym pomieszczeniu sprzedawano na litry naftę do lamp, kosy, łańcuchy, gwoździe, papierosy, cukier, sól. Główne miejsce zajmowała drewniana beczka z solonym śledziem atlantyckim, zwanym ulikiem. W owych czasach śledzie solone były jednym z nielicznych artykułów pochodzenia zagranicznego, ogólno dostępnym. Ogrywały one szczególną rolę w menu biednego społeczeństwa. Gdy miałeś szczęście natrafić w Ornecie na słynne jarmarki koni, na pewno zobaczyłbyś, jak zatwierdzano transakcję szklanką wódki z czerwoną kartką i śledziem solonym. Przygotowanie śledzia do „zakąszania” było zawsze podobne, niczym rytuał. Za ogon wyjmowano śledzia z zawiniętej gazety, zazwyczaj była to Trybuna Ludu(duża i tania), energicznym ruchem chłop uderzał o cholewę buta lub o deskę wozu strzepując sól, następnie zdzierał skórę. Po chwili pozostawał charakterystyczny, symboliczny szkielet ryby, z głową i ogonem. Niezależnie, czy to był Kaszub, Warmiak, Ukrainiec, Wilniuk czy Cygan, w piątek „zagryzał” śledziem. Obok targowiska była „Gospoda Ludowa”, w której w kłębach dymu ze „Sportów” i zaduchu byle jakiego piwa, mogłeś dojrzeć, w witrynie bufetu, dyżurne: marynowane grzybki z tutejszych lasów, galaretę z świńskich nóżek, drgającą jak duży biust bufetowej, no i oczywiście śledzia atlantyckiego solonego w „wyższym stadium przetworzenia”, po wymoczeniu, pokrojonego w „dzwonko” lub w postaci rolmopsa. Szanujący się rolnik sam nie zaglądał do gospody i żywił pogardę do jej bywalców, którymi zazwyczaj byli pracownicy PGR-ów po wypłacie. Na dworcu kolejowym w bufecie również witał Cię śledź ulik Marzenia przyjaciół. W czerwcowe południe dwóch czternastoletnich, szkolnych przyjaciół, Ukrainiec i Wilniuk wracało ze świadectwami ukończenia szkoły podstawowej do domu. Mieszkali w sąsiednich domach. Razem w okresie dzieciństwa, tropili po śladach zwierzęta w pobliskich lasach. Wiedzieli gdzie są gniazda czarnych bocianów, żurawi i czapli. Razem nocą podczołgiwali się pod obozowiska cygańskie, by posłuchać śpiewów i muzyki. Razem na tratwie odkrywali „zamorskie kraje” na pobliskim jeziorku. Teraz będą mogli porzucić tą „nudną” ziemię warmińską. Lecz jeszcze nie wiedzą, że w ich pamięci tylko do odczytu, wpisany został wzorzec małej ojczyzny - Warmii i gdziekolwiek będą, zawsze będzie funkcjonował. Postanowili uczcić ten dzień. W pobliskim sklepie było tylko wino „patykiem pisane” i śledzie solone z beczki. Alkoholu nie pili. Uznali, że „inicjacją dorosłości” będzie zjedzenie śledzia solonego. Usiedli nad strumieniem, gdzie woda „zimna, bystra i czysta”. Z dużym samozaparciem i poświęceniem udowadniali swą męskość, jedząc strasznie słonego ulika. Jeden z przyjaciół powiedział. - Wiesz. W przyszłości chciałbym pracować w fabryce „Junaków” w Szczecinie. - Ja chciałbym zobaczyć gdzie łapią te śledzie. Odpowiedział drugi. Naszym Ojcom wystarczały ryby słone i cuchnace, My po świerze przychodzimy w oceanach pluskające... Dwadzieścia lat później. Przelot Arciszewskiego przez Morze Północne z Bergen Szwecja do Aberdeen w Szkocji. Przepływamy przez akweny, na których rozpoczynała się historia polskiego rybołówstwa dalekomorskiego. Sporadyczne wypady na łowiska Morza Północnego, robiły kutry i lugry przed rokiem 1950. Początek lat pięćdziesiątych. Rozpoczęto budowę serii około 40 lugrotrawlerów noszących nazwę ptaków polskich były to statki rybackie wielkości lugra (około 32 metrów) mogły prowadzić połowy włokiem(jak trawlery) i pławnicą – morską siecią w kształcie wydłużonego prostokąta, służącą do połowu ryb pelagicznych (śledź, łosoś, sardyna). Pławnica zaopatrzona w ciężarki u dolnej krawędzi i pływaki u górnej, łączyła się w zestawy o długości do 1000 m i spławiała swobodnie w postaci ściany za dryfującym lugrem w górnej warstwie wód. Pierwszym z serii „ptaszków” był Kulig.(o tragicznych losach „ptaszków” w www.edwardbernatowicz.blox.pl) „Starszy” z Arciszewskiego swoją karierę zawodową zaczynał na „Bocianie” w połowie lat pięćdziesiątych. Łowiono głównie, morskiego parweniusza, podszywającego się obecnie pod wykwintne postacie i potrawy, śledzia do solenia. Połów nie był rzeczą prostą. Złapane ryby należało bezzwłocznie, na morzu, zasolić w beczkach. Do solenia nadawały się tłuste śledzie w okresie tuż przed tarłem przepełnione, ikrą lub mleczem, z pustymi przewodami pokarmowymi. W przeciwnym razie gniły w beczkach i ciężka praca szła na marne. Okresy tarła u poszczególnych podgatunków i na różnych akwenach były różne. Od wiedzy i „szóstego zmysłu” kapitana lub szypra zależały udane „żniwa śledziowe”. Wybieranie trału. „Bocian” ustawia się w dryf, prostopadle do trału. Rybacy ustawieni na prawej burcie wciągają: deski trałowe, skrzydła i na końcu worek włok z efektem zaciągu. Wymaga to dużej siły fizycznej. Lugrotrawlerem rzuca na fali. Ręce kostnieją. Tłuste, duże śledzie płyną potokiem do przygotowanych „last”. W odwrotnej kolejności następuje wydawanie sieci. W czasie trału należ spieszyć się. Z „last” widłami do ziemniaków rybak wrzuca śledzie do specjalnie przygotowanego koryta, drugi sypie sól. Ważne są proporcje. Mieszanie. Z koryta do drewnianej beczki. Nałożenie przykrywy. Podbicie obręczy. Beczka ląduje w ładowni. Cykl się powtarza aż do zapełnienia ładowni. Trzeba się spieszyć dogodny okres połowowy jest krótki. Lądownia pełna. „Ptaszek” płynie prawie 10 węzłów. Do portu. Wyładunek. Z powrotem na łowisko. Po miesiącu śledzie uliki nadawały się do jedzenia, mogłeś kupić w większości miejscowości w Polsce. - Dziś! Gdzie dostaniesz takie śledzie? – z nostalgią wspomina Starszy. Mamy na statku beczkę w ten sposób solonych śledzi. Rybacy zdobyli podobne Bałtyckie, zasolili korzennie i po miesiącu wymoczone z cebulą w oliwie, pokropione cytryną z butelką piwa Żywiec... . Edward Bernatowicz edward.bernatowicz@wp.pl |